Zdzisława Smodlibowska

O legendzie, co zatoczyła krąg szeroki

Wiedziałem o pani Zdzisławie Smodlibowskiej jako nauczycielce niezwykłej na długo przed zorientowaniem się, gdzie się znajduje Kwidzyn i na długo przed skierowaniem do pracy
w kwidzyńskim Liceum Pedagogicznym.

OTÓŻ w czasie studiów polonistycznych na Uniwersytecie Łódzkim przez pewien czas mieszkałem w domu akademickim z Witoldem Zickauem, pochodzącym z Gardei absolwentem kwidzyńskiego Liceum z roku 1951. To on właśnie przechwalał się świeżo ukończoną szkołą i kwidzyńską matematyczką. Imponowanie licealnymi „dobrami” i chełpliwości regionalne należały do repertuaru wieczornych rozmów świeżo upieczonych studentów. Każdy coś tam koloryzował i czymś próbował podbijać nowych znajomych („znajomych nas, bracie, to była szkoła!”). Był Witold Zickau trochę fantastą, stylizował się na literata czy artystę i lubił metaforyzować rzeczywistość, toteż nie dowierzaliśmy jego samochwalczym monologom w stylu „Co tam wasze belfry! Oni jej, [czyli jego licealnej matematyczce] do pięt nie dorośli!” Podejrzewałem jednak, że musiała być ta kwidzyńska matematyczka kimś niepospolitym, bo nasz kolega miał talent dowcipkowania i celnego – ale głównie w konwencji groteskowej – etykietowania różnych znajomych, znajomych nigdy z tego talentu nie robił użytku, gdy wspominał o profesor Smodlibowskiej. Była poza sferą jego docinkowej pomysłowości. Pamiętam, że wyobrażałem sobie wówczas tę kwidzyńską znakomitość pedagogiczną – po trosze za sprawą sugestywnych opowieści kolegi, a na pewno także wskutek dodatków mojej własnej imaginacji – jako zaawansowaną wiekiem, wysoką i smukłą damę, hieratycznie dostojną, dumną, niedostępną, koniecznie jasnowłosą i przemawiającą wzniośle.

Co tam wasze belfry! Oni jej, do pięt nie dorośli!

Po studiach znalazłem się we wrześniu 1955 roku z nakazem pracy w Liceum Pedagogicznym w Starym Targu w pow. sztumskim. W tym samym roku w tamtejszej szkole ćwiczeń debiutowały w zawodzie nauczycielskim dwie absolwentki Liceum kwidzyńskiego: Czesia Rydzińska i Renia Rudzka. Zdziwiły się, że słyszałem w Łodzi o matematyczce z ich szkoły. Utrzymywały, że istotnie jest wspaniała, choć nie kryły, że niektórzy uczniowie drżeli przed nią. Utwierdzałem się w przekonaniu, że ta pani Smodlibowska to ktoś naprawdę szczególny. Świadczyło o tym już nie tylko wspomnienie z łódzkiej oddali, podszyte aktorską swobodą mojego uniwersyteckiego kolegi, lecz także świeże wrażenie wczorajszych licealistek, które nie wyglądały mi na egzaltowane panienki w stylu „och-ach”. Kim więc jest i za co awansowała do uczniowskiej legendy nauczycielka przedmiotu, za którym zwykle połowa uczniów nie przepada? Dlaczego – mówiąc o jej srogich wymaganiach, wymaganiach surowej dyscyplinie na jej lekcjach i o trwodze na klasówkach z matematyki – nie tylko ją szanują, podziwiają, ale i naprawdę lubią? Dlaczego są dumni, że wyszli spod jej ręki? Przecież do tego nie starczyłoby przekonanie, że potrafiła nauczyć zawiłości algebry, geometrii i trygonometrii…

Zdzisława Smodlibowska urodziła się 6 lutego 1912 roku w Gnieźnie w rodzinie urzędnika magistrackiego.

Spotkania z bohaterką legendy

W sierpniu 1957 roku z powodu likwidacji Liceum w Starym Targu zostałem przez gdańskie Kuratorium Oświaty przeniesiony się do kwidzyńskiego Liceum Pedagogicznego. Czekając na pierwsze zebranie Rady Pedagogicznej przed rozpoczęciem roku szkolnego dyskretnie rozglądałem się po pokoju nauczycielskim za sławną matematyczką, zwłaszcza, że ją jedną – oprócz dyrektora, u którego zameldowałem się zaraz po przyjeździe do Kwidzyna – znałem; co prawda tylko „zaocznie”, ale przecież znałem. Wygląd żadnej z pań nie odpowiadał jednak mojemu wyobrażeniowemu wizerunkowi pani Smodlibowskiej. Zagadnąłem w tej kwestii któregoś z moich nauczycielskich rówieśników zdziwiłem się niepomiernie, gdy zostałem „objaśniony”. Pani Smodlibowska za biurkiem w kącie przy oknie właśnie coś notowała w zeszycie (potem się zorientowałem, że ona jedna miała „swoje” biurko w pokoju nauczycielskim) i wstała chyba z zamiarem dokończenia jakiejś z kimś rozmowy.

Utwierdzałem się w przekonaniu, że ta pani Smodlibowska to ktoś naprawdę szczególny.

Nic, ale to literalnie nic nie zgadzało się z wymyślonym przeze mnie wizerunkiem. Nic się nie kojarzyło z aparycją dostojnej a szlachetnie sędziwej damy o gotyckiej powadze. Patrzyłem na panią wzrostu średniego i wieku też średniego, ale bliższego młodości niż siwiźnie (później ustaliłem, że rocznik 1912, a więc rówieśnica mojej mamy, która wtedy znajdowała się na swego „życia połowie”). Spoglądała na rozmówcę – był to chyba wicedyrektor szkoły – oczami ciemnymi, uważnymi, bystrymi, chwilami jakby figlarnymi i zgoła skłonnymi do śmiechu. Z twarzą regularną, piękną trochę pyzatą i przez to dziewczęcą, z noskiem z lekka zadartym – wyglądała na kobietę o energicznym, ale pogodnym usposobieniu (potem wiele razy cieszyłam się jej zaraźliwym śmiechem). Upięcie w kok kasztanowych włosów, poprzetykanych ledwie widocznym srebrem, też wyglądało na młodzieżowe. W ruchach – żwawych, zgrabnych i zwinnych, ale dalekich od salonowej zwiewności czy taneczności – miała coś z harcerki-wędrowniczki, odpornej na trud, niezawodnej w marszach i wytrzymałej we wspinaczce po górach. (Że kochała Tatry, przekonałem się później; póki mogła, nie rezygnowała z wakacyjnych wyjazdów w okolice Zakopanego, Zakopanego raz czy dwa także w Bieszczady. W sezonach grzybobrania przepadała za wycieczkami do podkwidzyńskich lasów).

Rosyjscy zesłańcy na Syberii nazywali ją Biełką. Przez te kasztanowate włosy. Myślałem wtedy, że to nazwanie dobrze oddawało nie tylko urodę jej fryzury i wdzięk wiewiórczy (ros. Biełka = wiewiórka), ale i zdradzało, że musieli polubić tę współuczestniczkę niedoli.

W którejś ze mną rozmowie zażartowała sobie, że rosyjscy zesłańcy na Syberii nazywali ją Biełką. Przez te kasztanowate włosy. Myślałem wtedy, że to nazwanie dobrze oddawało nie tylko urodę jej fryzury i wdzięk wiewiórczy (ros. Biełka = wiewiórka), ale i zdradzało, że musieli polubić tę współuczestniczkę niedoli. Szybko i bez trudu upewniłem się, że pani Smodlibowska świetnie zna i autentycznie lubi swój przedmiot. Ma dużo więcej wiedzy matematycznej, niż trzeba do nauczania tego przedmiotu w szkole średniej.

Potrafi bez trudu wyjaśnić każde zagadnienie, w lot wyłapuje omyłki w podręcznikach, nie powtarza tych samych zadań – słowem: jest specjalistką naprawdę wysokiej klasy.
Niebawem zorientowałem się, że na jej lekcjach nie przytrafiają się momenty pustki i nudy, nie ma watowania minut czy kwadransów byle gadaniną ani nie praktykuje się pozorowania pracy czy jałowego czekania na dzwonek.
Uczniowie nawykają do świadomości, że tu nauczycielka nie udaje wiedzy, że stawia im poważne wymagania, że poważnie je egzekwuje i że najzupełniej nie wchodzi w grę „przyłapywanie” jej na bezradności przy nawet najbardziej skomplikowanych kwestiach. Z najstarszych klas licealnych, które odkryły niejedną słabość merytoryczną tego czy tamtego nauczyciela i „zaliczały” niejeden mankament dydaktyczny swoich preceptorów – przepływała do klas młodszych fama, że pani Smodlibowska nie ma słabych punktów.

Równocześnie z niejakim zdziwieniem zacząłem zdawać sobie sprawę, że pani Smodlibowska posiada jakiś sposób nieomylnego rozpoznawania problemów uczniów dopiero, co przyjętych do szkoły. Już po pierwszych tygodniach lekcji wiedziała nie tylko o tym, kto i jakie ma kłopoty z matematyczką, a jakie zainteresowania poza matematyczne, ale rozpoznała, do kogo trzeba więcej, a do kogo mniej cierpliwości, kto pracuje wolniej, a kto prędzej, kto jest nerwowy i wrażliwy, kto ma ręce pokaleczone od prac fizycznych, kto przynosi używane podręczniki i dlaczego, kto dojeżdża z Rakowca albo z Prabut, komu doskwiera bieda – itd. Pozostaje dla mnie do dziś tajemnicą, jak się większości tego wszystkiego dowiadywała, bo nie była wścibska. Szanowała własną i cudzą sferę prywatności, nie zaglądała do cudzych sumień i cudzych garnków. Nie wysysała zwierzeń od uczniów, nie wymuszała niby to „edukacyjnych” seansów szczerości, nie inscenizowała sentymentalnych spektakli afektacji i wylewności.

Zrozumiałem też, że ten dyskretnie dokonywany a wnikliwy rekonesans to podstawowy warunek jej postępowania z uczniami. Setki razy przekonywałem się, że zasoby życzliwości i dobroci ma nieprzebrane, ale że nie jest to ślepe rozdawnictwo słodyczy na lewo i prawo, lecz mądra, skuteczna i najczęściej dyskretna (bez ostentacyjnych gestów i bez publicznego pokazu) pomoc w samą porę. Nikt serdeczniej, taktowniej i mądrzej nie umiał wesprzeć ucznia w potrzebie.
Prawda o nauczycielce niepospolitej i człowieku niezwykłym, którą zacząłem poznawać, okazała się bogatsza niż legenda. Korygowało się jedynie moje schematyczne i książkowo – naiwne wyobrażenie dostojeństwa matrony. I oczywiście korygowało się na korzyść pani Smodlibowskiej, bo pozbawiało jej obraz koturnowej sztywności podobieństwa do gipsowych bohaterów literackich.

Ze spraw prostych prostych codziennych wielokrotnie zwracał moją uwagę jej sposób odzywania się i odnoszenia do uczniów. Przyglądałem się temu wiele razy i próbowałem sobie zdać sprawę z tego, na czym polega odmienność jej konwersacyjnego savoir- vivre’u od „metodyki” szkolnych dialogów, do których większość nauczycieli nawyka, gdy ma przed sobą rozmówcę z drugiej strony hierarchicznego układu dydaktycznego. Normalnym zwyczajem nauczycieli, (przynajmniej większości nauczycieli w tamtych latach) było mówienie do uczniów tubalne jakieś, kazaniowe, przemówieniowe, czasem i opryskliwe.

Albo naśladowanie jodłowania mentorsko-macierzyńskiego stylu: „Jak ty możesz, dziecino kochana…” Nie tylko z tonu głosu, ale i z złamywania rąk, z minoderii i odpowiedniego sznurowania warg dało się wyczytać, że uczeń nie jest tu partnerem. Kiedy wśród takiego emfatycznego lub protekcjonalnego oratorstwa pojawiała się konieczność powiedzenia kilku wyrazów do kogoś innego, tonacja natychmiast zmieniła się na towarzysko-koleżeńską – znak nieomylny partnerskiego traktowania rozmówcy. Jeszcze wyrazistsza metamorfoza tonu dokonywała się w sytuacji przejścia od rozmowy z uczniem do rozmowy ze zwierzchnikiem. To nie był styl pani Smodlibowskiej. Oto rozmowa na korytarzu z kimś najmniejszym z maluczkich. Podchodzę z pilnym pytaniem czy informacją, na krótką chwilę odrywam ją od tamtej rozmowy – i słyszę jej słowa wypowiadane do mnie z takim samym zaśpiewam, w takiej samej stylistyce i z całkiem podobną mimiką jak przed sekundą do uczennicy. Nie miała innego, osobnego „rejestru” mówienia do maluczkich maluczkich innego do nieco większych. Partnerem dla niej równie godnym uwagi i poszanowania jak kolega lub i zwierzchnik był także uczeń.

Oratorką nie była. Nie pamiętam uroczystości, na której by wygłosiła coś na kształt przemówienia, choć posługiwała się polszczyzną niezawodnie poprawną i słownikowo bogatą. Sytuacje wiecowe i akademijne znosiła bez specjalnej frustracji, niekiedy nawet z zainteresowaniem, ale tylko w roli widza czy słuchacza. „Gatunkiem” głównym jej języka mówionego pozostawała wypowiedź w konwersacji. Tu czuła się pewnie, a to, co miała do powiedzenia, przekazywała precyzyjnie, barwnie i ciekawie.

Nie ceniła gadatliwości obrachowanej na efekt. Źle odbierała popisy retoryczne. Nie wierzyła w patetyczne kazania nauczycielskie do uczniów; w ogóle nie dowierzała  werbalnym zaklęciom i wszelakiemu wielomówstwu. Więcej czytała z oczu, z wejrzenia i postawy – niż z gadania. Wierzyła przede wszystkim czynom. Wiele w życiu przeszła i upewniła się, że niezawodni w sytuacjach trudnych byli nie ci, co wymownie gadali. Nieraz opowiadała mi wspomnienia z dramatycznych udręk lagrowych, z których wynikało, że prostacy nieporadni w słowach potrafili narażać się dla drugiego człowieka, dzielić ostatkiem okruszyn, albo obronić przed napaścią, a zawodzili ci, którzy mieli gęby pełne gładkich słów.

Zdarzało się, że na lekcji wybuchała. Że drzwi, za którymi rozgrywała się scena gniewu, drżały od jej donośnego głosu. Najczęściej były to chwilowe świetnie odegranej reakcji na „zero” uczniowskiej uwagi i na zajmowanie się pod ławką niebieskimi migdałami, gdy na tablicy działy się np. Misteria równań aż z dwiema niewiadomymi. Po gromowej chwili i osiągnięciu mobilizacji następowała ulga – w powietrzu oczyszczonym z tlenku lenistwa misterium kończyło się obopólnym przekonaniem, że równania z tymiż dwiema niewiadomymi zostaną chyba opanowane.

Wpadała jednak naprawdę w furię, gdy rozmówcę przyłapywała na bladze, na obłudzie, na kłamstwie w żywe oczy lub na znęcaniu się nad słabszymi. Wtedy nie było żartów. Pamiętam kilka nawałnic, których powodu dostarczyli koledzy z pokoju nauczycielskiego. Nie chciała ani nie umiała w takich sytuacjach dyplomatyzować: ostro, głośno, bezceremonialnie i dobitnie, nie oszczędzając winowajcy – strzelała przy świadkach słowami veritatis.

Była nieprzekupna, a na niezgodności słów z postępowaniem nikt jej nie przyłapał. Miała dwie miary wymagań: jedną, surową i nieraz dotkliwą – dla uczniów, ale drugą, znacznie surowszą i znacznie dotkliwszą – dla siebie. Wymagała od uczniów pracy i prawdomówności, a prawdomówna była – aż do bólu. W jej towarzystwie źle czuli nie tylko uczniowie pokrętni, ale i dwulicowi koledzy z grona nauczycielskiego. Na dużą odległość wyczuwała fałsz i bufonadę. U pani Smodlibowskiej nie dało się wyłgać czy wyłudzić pozytywnej oceny. Nie udało się też niczego wyżebrać ani wypłakać i nie było „względów dla urzędów”. Tu nie załatwili niczego „wpływowi rodzice ani „wysoko postawieni wujkowie”.

Ale przecież przez to ucho igielne surowych reguł sprawiedliwości nauczycielskiej pani Smodlibowskiej przechodzili nie tylko zawołani albo przynajmniej nieźli matematycy. Przechodzili także rachmistrze wątli. Ale ci wątli musieli udowodnić, że pracowali, że próbowali, że zrobili, co mogli. A dokładnie wiedziała, jak próbowali. Niejednego z nich wspomagała dodatkowym czasem pozalekcyjnym – znali i wydeptywali do niej drogę.

Nie odmówiła nikomu, kto się chciał douczyć, a uboższych uboższych nieśmiałych – ośmielała. Była wyrozumiała dla niedostatku matematycznych zdolności, gdy ten niedostatek szedł w parze z uzdolnieniami w innych kierunkach – lubiła i doceniała talenty artystyczne, cieszyła się uczniami „dobrymi z polskiego” i przy takich zadowalała się nawet słabą „trójką” ze swojego przedmiotu. Maturzyście, który miewał z matematyką kłopoty nieprzezwyciężalne, potrafiła bezszelestnie pokazać palcem błąd, jeśli legitymował się interesującymi wynikami z jakiegokolwiek innego przedmiotu.
Nie wymagała od wszystkich kandydowania na znakomitość matematyczną.

O przeszłości, teraźniejszości i zasłudze

W 1957 roku, kiedy instalowałem się w Kwidzynie, pani Smodlibowska nie była wychowawczynią żadnej klasy. Oczywiście nie stanowiło dla mnie tajemnicy, że w pierwszych latach istnienia Liceum (wspominała o tym w rozmowach ze mną) miała „swoją” klasę, ale że w czasach zaostrzenia się reżimu stalinowskiego została odsunięta od funkcji wychowawczych. Komentowała to – jak pamiętam – całym splotem przyczyn, bo w okresie jakiegoś śledztwa stawała w obronie młodzieży obwinionej o spisek przeciw ustrojowi, bo ktoś złożył na nią jakiś donos do „bezpieki”, bo nie wstąpiła do partii ani do żadnego ze stronnictw politycznych, bo chadzała do kościoła, bo brata miała za granicą – słowem: zupełnie nie gwarantowała wymaganej wtedy bezwarunkowej dyspozycyjności politycznej. W liceach pedagogicznych przed powrotem Gomułki do władzy w 1956 roku panowała groźniejsza niż w innych placówkach oświatowych atmosfera nagonki na nauczycieli podejrzanych podejrzanych o „antysocjalistyczne poglądy”. Jako „kuźnie kadr” nauczycielskich licea te znajdowały się pod czujnym nadzorem; wtedy też – o czym wiedziałem od pani Smodlibowskiej – pani Stanisława Sienkiewiczówna, bardzo dobra polonistka, została przeniesiona z Liceum Pedagogicznego do Liceum Ogólnokształcącego (za „moich” lat od czasu do czasu odwiedzała panią Smodlibowską, m.in. w dniu imienin).

Nie wiem (wtedy bowiem pracowałem jeszcze w Starym Targu), czy po przełomie politycznym i w czasie Gomułkowskiej „odwilży” dyrektorzy proponowali pani Smodlibowskiej powrót do funkcji opiekunki klasy. W roku szkolnym 1957/58, kiedy dawne rygory polityczne zdecydowanie zelżały i do Liceum wróciły lekcje religii (prawda, że na krótko, bo chyba już w roku następnym je zlikwidowano), przeszkód do obejmowania ról wychowawczych przez dawnych podejrzanych nie było, ale wtedy pani Smodlibowska pełniła „urząd” opiekunki Szkolnej Kasy Oszczędności. Był to „urząd” pracochłonny i wymagał nie lada skrupulatności. Każdego dnia na dużej przerwie i nieraz jeszcze na przerwie następnej opiekunka dyżurowała w holu na pierwszym piętrze i przyjmowała swoich klasowych pełnomocników pełnomocników wpłatami od uczniów. Pociągało to za sobą codzienne bilansowanie wpływów i wpłacenie na książeczkę PKO, a raz na jakiś czas sporządzanie raportów dla władz oświatowych. SKO w LP w Kwidzynie pod batutą pani Smodlibowskiej stale zajmowała jedno z czołowych miejsc w województwie, stała się składnikiem codziennego rytmu życia szkoły i poważnym ogniwem wychowawczym. Aktyw SKO składał się z uczniów solidnych, ale sterowanie cała tą wzorowo zorganizowaną machiną było absorbujące.

W okolicach roku 1958 już chyba nie zależało jej na opiekuństwie klasy. Starczały podstawowe obowiązki nauczycielskie i obciążenie kuratelą nad SKO. Tym bardziej, że zdecydowała się na zamęście. Projekty tego zamęścia z panem Leonem Niewiadomskim, kiełkujące jeszcze w latach przedwojennej młodości wileńskiej, pogruchotane przez zawieruchę wojenną, dramat zsyłkowy i powojenne tarapaty pana Niewiadomskiego, regenerowały się z opóźnieniami, ale kiedy się urzeczywistniły – nastały lata pogodne na ul. Zduńskiej (tam pani Smodlibowska mieszkała). Pan Niewiadomski, artysta- śpiewak i muzyk o usposobieniu szarmancko-rycerskim oraz o przednim poczuciu humoru (przy tym miłośnik dobrej kuchni), tuż po wojnie pracował jako nauczyciel w kwidzyńskim LP, ale gdy służby bezpieczeństwa zainteresowały się jego AK-owską przeszłością, kluczył po różnych miastach Polski południowej. Do Kwidzyna wrócił po zmianie klimaty politycznego. Wprowadził do życia pani Smodlibowskiej (od ślubu podpisującej się nazwiskiem panieńskim i nazwiskiem po mężu) sporo urozmaicenia i radości. Potrafiła utrzymywać w ryzach jego artystowski indywidualizm, skłonność do fantazjowania i jego cygańsko-wędrowne przyzwyczajenia. Znalazła w nim oparcie, gdy przyszło jej zmagać się ze śmiertelną chorobą, ale i sama była jego podporą. Gdy jej zabrakło- także i do jego podróżnego życia zakradł się chaos.

Na posiedzeniu rady pedagogicznej Liceum Pedagogicznego w roku szkolnym 1952/1953, pierwsza z lewej

Nieraz wracała wspomnieniami do różnych minionych faz swojej biografii, nigdy nie miało to jednak charakteru systematycznego opowiadania.
Rozpamiętywanie przeszłości nie należało do jej pasji. Namawiałem ją, by spisywała swoje wspomnienia. Daremnie. Nie lubiła pisać. Czasem opowiadała o wileńskich studiach, o improwizowanych fanaberiach artystycznych Leonka (takiej używała formy imienia męża) i oczywiście o deportacji rodziny do Rosji, o rozstrzelaniu jednego z braci przez NKWD swych własnych oraz swej matki katorżniczych kartach syberyjskich. Nigdy nie ubierała wspomnień zesłańczych w słowa patetyczne i starannie stroniła od stylistyki martyrologicznej. Przejmujące, tragiczne czy przeraźliwe cierpienia swoich najbliższych okropności własnej katorgi nazywała lapidarnie i rzeczowo. Unikała emfazy, jakby nie chciała słowami rozmazywać powagi dramatu i jakby nie chciała swojemu losowi dopisywać wzniosłości. Omijała tego rodzaju informacje, z których by mogło wynikać, że oddawała komuś jakieś przysługi. Nie umiała na ten użytek deklinować zaimka „ja”. Formułami napomknień o tej tematyce były zdania w rodzaju: „trzeba było chorego ukryć” i „musiało się iść przy czterdziestu stopniach mrozu do ziemianek z chorymi”…

Drżenie w jej głosie przydarzało się tylko w opowiadaniach o sierocych dolach dzieci zesłańców.
Znacznie chętniej niż przy motywach koszmarnych zatrzymywała się przy szczegółach świadczących świadczących ludzkiej dobroci, postawie niepokornej lub heroizmie. Z pobytu w lagrze na statusie robotnicy fizycznej w „kirpicznym zawodie” (cegielni) wspominała skwapliwiej niż o okrutnym głodzie np. o tym, jak Gruzini i Ormianki w najstraszliwszych warunkach dbały o higienę osobistą i potrafiły opierać się zdziczeniu obyczajów, nierzadkiemu wśród więźniarek innych narodowości.

Powracała kilka razy do tego, jak lekarz łagrowy – stary Rosjanin-białogwardzista, odsiadujący dożywocie – kazał jej, gdy komenda lagru będzie ustalać fach deportowanych, zgłosić się jako pielęgniarka; dzięki temu otrzymała znośniejszą funkcję i szansę na przetrwanie. Wspominała polskiego ziemianina z Ukrainy, skazanego tuż po rewolucji bolszewickiej, który skarcił ją za wtrącenie jakiegoś rosyjskiego słowa do rozmowy w języku polskim, bo on sam mimo dwudziestu lat katorgi mówił nieskazitelnie czysta polszczyzną. Z podziwem opowiadała o odwadze pana Przelaskowskiego, szefa polskiego sierocińca w Zudziłowie w Ałtajskim Kraju. Pojechał on do jakiegoś ważnego urzędu aprowizacyjnego Barnaule po żywność dla dzieci. Uzbrojony w pepeszę oficer- decydent z wrzaskiem kazał mu się wynosić. Pan Przelaskowski, który nie tylko nie miał wojskowej postawy, ale wyglądał na safandułę (poznałem go, gdy z Warszawy przyjechał do Kwidzyna na pogrzeb pani Smodlibowskiej kupował wieniec „od Domu Dziecka w Zudziłowie” – istotnie: nie przypominał chwatów). Gdy tamten wrzasnął, pan Przelaskowski „rugnął” go jeszcze głośniej i to takimi przekleństwami, że pani Smodlibowska struchlała. Spojrzawszy na ruch pepeszy w ręku oficera była pewna, że to koniec. Ku jej zdumieniu oficer jednak – uznając widać, że kto „ruga”, to ma prawo wymyślać, pokornie odłożył broń i wypisał stosowne asygnaty.

Przyjechała pani Smodlibowska do Kwidzyna z głębi Rosji jako opiekunka grupy polskich dzieci, w większości sierot i zajęła się ich losem w kwidzyńskim domu dziecka. Zastąpiła im rodziców nie było to zastępstwo malowane i dopilnowała, by zdobyli wykształcenie. Wiem, że ci, którymi się opiekowała, myślą o tym jej matkowaniu ze wzruszeniem i wdzięcznością. Niektórzy zostali nauczycielami i wykonywali ten zawód, mając przed oczyma jej postawę. Wzór ten przyświecał także setkom innych uczniów Liceum Pedagogicznego, których w ciągu lat bez mała dwudziestu uczyła matematyki i sztuki człowieczeństwa. Wywierali na nich wpływ różni nauczyciele, jednakże bez pani Smodlibowskiej kwidzyńskie Liceum Pedagogiczne nie byłoby tą szkołą charakterów, jaką w pamięci wychowanków pozostaje. Nie byłoby zaś, dlatego, że oddziaływanie pani Smodlibowskiej rozciągało się nie tylko na młodzież. Także w gronie nauczycielskim zajmowała pani Smodlibowska pozycję nie kwestionowanego autorytetu moralnego. Uznawali, więc wyjątkowość jej osoby nie tylko uczniowie, lecz i koledzy; respektowali ten stan dyrektorzy.

Kwidzyn z okolicami stał się jej najbliższą ojczyzną i zastąpił Wileńszczyznę z czasów młodzieńczych porywów. Zastąpił z konieczności, ale z czasem owo „z konieczności” stało się przyzwyczajeniem i wyborem. Tu zamieszkali jej najbliżsi, tu wyrastali ci, co ją obdarzali uczuciami wdzięczności i przywiązania, tu miała pewność, że jest potrzebna i szanowana. Zadomowiona nieporównanie mocniej w pogodzie i dobroci niż w słocie i goryczach, choć tych goryczy na zesłaniu doświadczyła nad miarę, umiała się cieszyć wiosenną zieleniną i jesiennym szronem, urodą upalnego lata i zimową zadymką. Lubiła we wszystkim, co ją otaczało, dostrzegać strony dobre. Doceniała i polubiła miasto, w którym zamieszkała i w którym miała spocząć na zawsze. Trzeba jednak z naciskiem powiedzieć, że dawała tym, wśród których żyła, stanowczo więcej, niż od nich otrzymywała. W historii powojennego Kwidzyna polskiego zyskała miejsce trwałe. I naprawdę została po niej ta „siła fatalna” uczciwości, którą zaszczepiała otoczeniu, a którą na swoje dzieci i na swoich uczniów przenosili i nadal przenoszą jej wychowankowie.

Zdzisława Smodlibowska zmarła 25 października 1966 r. w Kwidzynie

Ma wymowę symbolu, że pomnik na jej grobie zaprojektował i wykonał absolwent Liceum – Stanisław Lipień, jeden z tych, którzy kończyli szkołę z uczuciem wdzięczności dla niej – i że troszczą się o ten grób dawni wychowankowie z Domu Dziecka w Zudziłowie oraz uczniowie z klasy, której w latach 1947–1951 była wychowawczynią.

Autor: Józef Bachórz


Uchwała Nr XII/88/2011 Rady Miejskiej w Kwidzynie z dnia 24 listopada 2011 roku w sprawie nadania nazwy ulicy uchwala się co następuje:
§1. Nadaje się nazwę: ulica „Z. Smodlibowskiej” drodze wewnętrznej usytuowanej na działce oznaczonej nr 243/22, położonej w obr. 03 miasta Kwidzyna
§2. Wykonanie uchwały powierza się Burmistrzowi Miasta Kwidzyna
§3. Uchwała wchodzi w życie po upływie 14 dni od ogłoszenia w Dzienniku Urzędowym Województwa Pomorskiego

Uzasadnienie do Uchwały
Pani Zdzisława Smodlibowska (1912-1966), absolwentka Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie ukończyła wydział filozofii matematyki, uzyskując tytuł magistra. Deportowana na Syberię – Ałtajskij Kraj – odmówiła przyjęcia rosyjskiego obywatelstwa, za co trafia do ciężkiego więzienia, co świadczy o jej patriotyzmie i kontynuacji przyrzeczenia harcerskiego. W czasie tworzenia na terenie ZSRR narodowych domów dziecka została zwolniona z więzienia i skierowana do wsi Zudziłowo koło Barnału i zatrudniona w domu dziecka dla dzieci polskich. Dwie absolwentki Liceum Pedagogicznego w Kwidzynie (Anna Jatkowska, Teresa Jaskuła) zgodnie relacjonują heroizm i oddanie pani Zdzisławy, szczególnie najmłodszym zesłańcom  będącym  w  domu  dziecka.  Była  dla  tych  dzieci  nianią  i  mamą  (wiek przedszkolny). Osobiście dzieci kąpała, opierała i ubierała. Dzięki niej dzieci zaczęły się uśmiechać, a znikać zaczęły wrzody i insekty. Po przybyciu do domu dziecka, mieszkając w ziemiance, wykazała wielką aktywność i zaangażowanie przy organizowaniu polskiej szkoły w domu dziecka. Gromadkę około 70 dzieci  polskich  przeegzaminowała, podzieliła  na  oddziały  –  zajęcia  organizowała  po południu. Tablicę zastępował koc z darów UNRA, którego później trzepano. Trochę zeszytów dostarczyło polskie poselstwo z Barnału.
Pani  Zdzisława  była  bezgranicznie  oddana  dziecku  i Polsce.  Według  wyżej wymienionych wychowankek nigdy nie poddawała w wątpliwość powrotu do Polski. Nie miała ministerialnego programu. Uczyła według własnego uznania wszystkich przedmiotów. Oprócz tego, że uczyła, wpajała miłość do ojczystego kraju. Zastępowała rodziców, dom rodzinny i ojczyznę.
Pani Smodlibowska wraz z dziećmi jednym transporterem dotarła do Gostynina 4 lipca 1946 roku na punkt rozdzielczy. Z Gostynina wraz z 32 dzieci, które nie znalazły rodziców  bądź  krewnych  dotarła  jako  opiekunka  do  Państwowego  Domu  Dziecka  w Kwidzynie – troszcząc się o ich żołądki i higienę.
Pierwszego  września  1947  roku  przygarnęła  do  pierwszej  klasy  Liceum Pedagogicznego 18 sierot syberyjskich i stała się ich wychowawczynią na dalsze 4 lata. Jako uczniowie szli oni do „pani Zdzisi”. Dowodzi to wielkiej szlachetności i tego, że miała niezaprzeczalny instynkt opiekuńczy. Przez wszystkie lata pracy z dziećmi i młodzieżą była wymagająca wobec siebie i podopiecznych, była osobą ciepłą, o wysokiej kulturze osobistej, nadzwyczaj sprawiedliwą, zapaloną harcerką, oddaną do końca dzieciom i młodzieży z różnymi kłopotami i żyjącymi w niedostatku. Tej osobie można było powierzyć największe tajemnice i kłopoty, ale nie pobłażała nikomu. Wymagała wiedzy i dobrego zachowania.
Zakodowała w nas – wychowankach – wiele cech charakteru jak upór, dążenie do celu, konsekwencja i właściwy stosunek do życia. Była wzorem nauczyciela, człowiekiem zasługującym ze wszech miar na pamięć. Jesteśmy wdzięczni Jej za szlachetność, prawość, ukochanie dzieci, zwłaszcza tych, którym los nie oszczędził bólu, rozgoryczenia, krzywdy. Jej motto brzmiało: „Nikt, kto szlachetny nie był mi obojętny”.