Zdzisława Smodlibowska

Zdzisława Smodlibowska-Niewiadomska
Wspomnienie (06.II.1912 - 25.X.1966)

W bieżącym roku mija 50 lat od naszej matury, pożegnania profesorów, koleżanek i kolegów z Liceum Pedagogicznego w Kwidzynie. Wszystkie wydarzenia z czasem ulatują z pamięci, nowe przeżycia wypierają z niej przeszłość. Są jednak sytuacje, które pozostawiają w nas ślad na zawsze.

Wychowawczynią kl. IVa w liceum była pani profesor Zdzisława Smodlibowska. Żyje Ona w naszej pamięci jako człowiek szlachetny i prawy, pełen poświęcenia zwłaszcza dla dzieci i młodzieży pokrzywdzonej przez zły los. Dowodzi tego jej całe życie.

Urodziła się 06 lutego 1912 roku w Gnieźnie jako córka Bronisława i Stefanii (z domu Czyżewska). Wykształcenie średnie i maturę uzyskała jako uczennica Gimnazjum Związkowego w Kaliszu – rok 1930. Studia wyższe ukończyła w roku 1937 na Uniwersytecie Stefana Batorego Wilnie. Tu otrzymała stopień magistra filozofii z zakresie matematyki. Od 1937 do 1939 roku w ramach praktyki uczyła tego przedmiotu w Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Kościuszki w Słonimie. Po dwóch latach zdobyła dyplom nauczyciela szkół średnich.

W 1939 r. wybuchła II wojna światowa, na Kresy Wschodnie wkroczyło wojsko sowieckie. Młodszy brat pani Smodlibowskiej za udział ruchu oporu został aresztowany przez NKWD i w 1940 r. i rozstrzelany. W 1941 r. z matką i rodziną starszego brata deportowano ją na Syberię Ałtajskij Kraj. Pracowała tam jako robotnica w cegielni, a potem jako miedsiestra w szpitalu zakaźnym.

W 1942 r. generał Anders organizował na terenie ZSRR polskie wojsko. Jako ochotnik zgłosił się tam starszy brat pani Smodlibowskiej. Z armią Andersa i swoją rodziną wyjechał na Zachód i nigdy do kraju nie wrócił, bo nie mógł. Dla Polaków, którzy znaleźli się na terenach Rosji głównie z powodu przymusowej deportacji, rozpoczęły się nowe represje. NKWD zmuszało ich do przyjęcia obywatelstwa rosyjskiego. Kto odmawiał, szedł do więzienia. Taki los spotkał panią Smodlibowską i jej mamę, liczącą wówczas 64 lata. W katorżniczych skupiskach polskich zesłańców panował głód, ale w warunkach więziennych był on jeszcze bardziej dotkliwy. Wycieńczony ciężką pracą i niedożywieniem organizm ginął w krótkim czasie albo zapadał na przewlekłą chorobę.

W 1943 roku do walki z niemieckim okupantem na terenach ZSRR tworzono I Dywizję im. Tadeusza Kościuszki. Sytuacja Polaków uległa poprawie. Wypuszczono z więzień okropnie wynędzniałych skazańców. Pani Smodlibowska wraz z matką przyjechała do wsi Zudziłowo koło Barnaułu Ałtajskij Kraj. Pani Zdzisława została zatrudniona w diet- domie. Dwie uczennice z klasy IVa kwidzyńskiego liceum: Anna Jatkowska i Teresa Jaskóła były tu wychowankami już z rocznym stażem. Znalazły się na terenach Ałtajskiego Kraju również z przymusowej deportacji za patriotyczne czyny ojców (Legiony Piłsudskiego). Rodziców szybko straciły, w wieku 10, 11 lat znalazły się w wymienionym diet-domie. Oto relacja jednej z nich.

Właśnie tu w 1944 roku spotkałyśmy się z naszą panią profesor po raz pierwszy. W naszym domu dziecka wymieniono personel rosyjski na polski. Wychowawców prosto z więzień, oprócz pani Smodlibowskiej, przybyło do nas kilku. Wszyscy byli okropnie wychudzeni. Pani Smodlibowska buzię miała jak przysłowiową piąstkę. Wszystkie ubrania dosłownie wisiały na niej. Miała jednak pogodny sposób bycia, często uśmiechała się, co w sumie jakoś nas do niej przyciągało. Początkowo pracowała jako pomoc kuchenna i opiekowała się grupą młodszych wychowanków, szczególnie w zakresie spraw higieniczno-sanitarnych. Była dla nich nianią i mamą. Osobiście kąpała, opierała i ubierała. Dzięki Jej zabiegom dzieci stały się zadbane, bardziej wesołe, a fakt dokuczania im przez insekty poszedł w nie pamięć.

Po pewnym czasie pani Smodlibowska została przesunięta na stanowisko polskiej nauczycielki.

Tuż po przybyciu do domu dziecka pani Z. Smodlibowska wraz z matką zamieszkały w ziemiance nie opodal naszego głównego budynku, ale w pobliżu zabudowań gospodarczych. Ziemiankę tę opisuje jeden ze starszych wychowanków Franciszek Maszkowski (obecnie emerytowany pułkownik WP):

Pięciu nas starszych chłopców będących w tym czasie zbudowało ziemiankę na przechowanie uprzęży koni. Sierociniec w Zudziłowie posiadał 15 ha ziemi, sześć koni i trochę innego inwentarza żywego. Był to wykopany w ziemi dół o wymiarach 2,5 m x 3,5 m, głębokości 1,5 m z prowizorycznym dachem. Nakryty najpierw warstwą słomy, a następnie ziemi i darniny. Przy wejściu stał żelazny piecyk, a obok wieszak do wieszania uprzęży dla sześciu koni. Ziemianka nie posiadała okna. Najgorszej było, gdy nastały chłody i mrozy. Wówczas ciepło piecyka powodowało topnienie śniegu, a woda w znacznej części kapała na głowy i pościel mieszkańców. Z panią Smodlibowską w tym czasie byliśmy w ścisłym kontakcie. Codziennie rano widzieliśmy się, pobierając uprząż dla koni, czy też odnosząc ją po zakończeniu pracy wczesnym wieczorem. Interesowała się naszymi sprawami i planami na przyszłość, po powrocie do Polski. Powrót uważała za coś bardzo oczywistego i pewnego. Po kilku miesiącach mieszkańców ziemianki przeniesiono do polskiej rodziny Puchalskich, zamieszkałych we wsi – również pracownika domu dziecka, gdzie w jednej izbie zamieszkało kilkanaście osób, aż do wyjazdu do Polski, tj. 11 czerwca 1946 r.

W ziemiance pani Smodlibowska miała skromna apteczkę. Tam chodziliśmy z naszymi dolegliwościami. Robiła nam drobne zabiegi, opatrywała rany, informowała, jak postępować z wrzodami, które bez przerwy nas obsypywały. Nauczyła nas leczyć je liśćmi babki lancetowatej. Nie mieliśmy ani izolatki, ani gabinetu lekarskiego, ani łazienki, ani nawet umywalki z prawdziwego zdarzenia. Latem myliśmy się na podwórzu przy prowizorycznym urządzeniu, tuż koło studni z żurawiem, zimą nie było gdzie, ale to temat na osobny gruby pamiętnik.

Pani Smodlibowska miała u nas pełne ręce roboty. Wielką aktywność i zaangażowanie przejawiała przy organizowaniu polskiej szkoły. Całą naszą gromadkę około 70 polskich dzieci przeegzaminowała, podzieliła na oddziały. Rosyjskie dzieci odesłano gdzieś do innego domu dziecka. Nie uczyli się tylko najmłodsi wychowankowie (około dwudziestu) w wieku przedszkolnym. Byli to przeważnie nasi bracia i siostry. Zajęcia nasze odbywały się głównie popołudniami. W godzinach rannych chodziliśmy do szkoły rosyjskiej.

Warunki nauki w języku polskim były bardzo prymitywne. Jako pomieszczenie służyła odgrodzona kocami część sypialni chłopców. Nie było podręczników. W toku zajęć podawaliśmy sobie jeden z rąk do rąk jak sztafetę, by odczytać wskazany fragment. Brakowało nawet początkowo tablicy z prawdziwego zdarzenia. Pani Smodlibowska pisała kredą na rozwieszonym ciemnym kocu – z darów UNRA – a potem trzepała go kijem za oknem. W późniejszym czasie mieliśmy tablicę, wypożyczoną z rosyjskiej szkoły. Nie mieliśmy zeszytów z prawdziwego zdarzenia, w ogóle czystego papieru. Trochę dostarczyło nam Poselstwo Polskie z Barnaułu. Tłukliśmy na okrągło zasady działań matematycznych, reguły pisowni i gramatyki z języka polskiego. Czytaliśmy wszystko, co nam wpadło w ręce, pisane po polsku. Zaległości były duże. Prawie żadne z nas przez trzy lata pobytu na zesłaniu nie chodziło do szkoły, nawet rosyjskiej. Takie szkoły były tylko w dużych skupiskach ludności rosyjskiej. Nas deportowano na pustkowia. W przypadku Ani i mnie to były dwa baraki w tajdze. Zimą mrozy dochodziły do -50 stop. C.

Pani Smodlibowska mimo wszystko miała chyba satysfakcję ze swej pracy. Uczyliśmy się z całych sił. Nie było mowy o nie odrobieniu zadania. Podstawy matematyki i języka polskiego dobrze opanowaliśmy już wtedy. Śmiem twierdzić, że pani Smodlibowska nie miała żadnego ministerialnego programu. Uczyła według własnego uznania dobrych podstaw ze wszystkich przedmiotów.

Pani Smodlibowska i inni polscy wychowawcy oprócz tego, że uczyli, wpajali nam miłość do ojczystego kraju. Zastępowali nam rodziców, dom rodzinny i ojczyznę.

Do Polski wróciliśmy jednym transportem. Wyruszyliśmy 11 czerwca 1946 r. Do Gostynia dotarliśmy 4 lipca Tu na punkcie rozdzielczym część dzieci zabrali krewni, część odnalazła kogoś z rodziców, np. ojców, którzy z I Dywizją dotarli tu już wcześniej. Te, po które nikt nie zgłosił się, rozdzielane były na poszczególne domy dziecka. Do Domu Dziecka nr 2 w Kwidzynie, ul. Braterstwa Narodów 59 z Zudziłowa, trafiła gromadka, składająca się z 32 wychowanków. W tej liczbie znalazły się wymienione już Ania z trojgiem rodzeństwa i Teresa z dwojgiem braci. W Kwidzynie znalazła się też pani Smodlibowska. Od lipca 1946 r. pracowała jako wychowawczyni w Domu Dziecka nr 2. Od września tegoż roku objęła posadę profesora w Państwowym Liceum Pedagogicznym.

1 września 1947 roku przygarnęła do kl. Ia, której była wychowawczynią, gromadkę sierot syberyjskich. Dowodzi to Jej wielkiej szlachetności i tego, że miała niezaprzeczalny instynkt opiekuńczy. Wojna pokrzyżowała Jej młodzieńcze, a potem dorosłe życie, nie miała nigdy własnych dzieci. Mama Jej zmarła W Kwidzynie w 1951 roku.

W zespole przygarniętych do kl. Ia znalazły się: Anna Jatkowska Teresa Jaskóła. W sumie prawie połowę uczniów tego oddziału stanowili wychowankowie z domów dziecka. Były z nimi kłopoty, ale nie natury wychowawczej czy dydaktycznej. Po ciężkich przeżyciach wojennych byliśmy raczej potulni i pracowici, za to zupełnie biedni. Na wszelkie imprezy, wycieczki, imieniny profesorów, wyjazdy do opery w Gdańsku nie mieliśmy pieniędzy ani własnych, ani z domu dziecka. Pierwsze pytanie, jakie padło przy organizacji „studniówki” było: „a co z tymi z domu dziecka?”. Na tej imprezie jednak byliśmy wszyscy do dziś nie wiemy, komu to zawdzięczamy.

Pani Smodlibowska mogła przecież rozdzielić ten ciężar na innych wychowawców, ale chyba rozumiała, że jesteśmy bardzo zżyci i byłoby to dla nas wielką krzywdą.

Pani profesor Zdzisława Smodlibowska była naszą wychowawczynią przez wszystkie lata naszej nauki w liceum, od 1947 do 1951 roku. Klasa liczyła – w różnym okresie – 30 uczniów, pod względem koedukacyjnym równo pół na pół dziewcząt i chłopców. Młodzież pochodziła głownie z Kwidzyna, ale i z bliższych i dalszych okolic, ci zamieszkiwali w internacie. W systemie zaocznym do dziś wielu z nas zdobyło wykształcenie wyższe.

W tym zespole znalazły się też wymienione już wielokrotnie Ania i Teresa. Przepracowaliśmy długie lata jako nauczyciele, byliśmy na odpowiedzialnych stanowiskach zawodowych i społecznych.
Z perspektywy doświadczeń stwierdzamy zgodnie, iż pani profesor Zdzisława Smodlibowska była nauczycielem i pedagogiem z prawdziwego zdarzenia. Łagodna i ciepła, można było powierzyć Jej największe kłopoty, ale i nie pobłażała nikomu. Wymagała wiedzy i dobrego zachowania ponad miarę. W tym względzie była twarda jak Jej życie. Nie robiła niezasłużonych wyróżnień i nie uprzedzała się do nikogo. Była sprawiedliwa w ocenach i obiektywna. Uczyła nas matematyki i o dziwo lubiliśmy ten trudny przedmiot. Miała jasny, logiczny tok myślenia, przez co trafiała do naszych umysłów. Zakodowała w nas wiele własnych cech charakteru, takich jak upór w dążeniu do celu, konsekwencja i właściwy stosunek do życia. Pomagała też młodzieży niezamożnych rodziców przez umieszczanie ich w internacie za zniżkową odpłatnością. Wiemy, że zawdzięczamy pani profesor Zdzisławie Smodlibowskiej bardzo dużo. Trudno tu nawet wyliczyć wszystkie zabiegi kształtujące naszą osobowość. Była wzorem nauczyciela, człowieka zasługującego ze wszechmiar na naszą pamięć. Jesteśmy wdzięczni za Jej szlachetność, prawość, ukochanie dzieci, zwłaszcza tych, którym los nie oszczędził bólu, rozgoryczenia i krzywdy.
Wielkim i tak wspaniałym bezinteresownym ludziom stawia się pomniki. My składamy Jej hołd i uznanie w naszej pamięci. Widocznym materialnym elementem jest trwała renowacja Jej nagrobka na cmentarzu w Kwidzynie. Wcześniej z naszych składek wykupiliśmy Jej miejsce wiecznego spoczynku. Marzy nam się nazwanie jednej z ulic Kwidzyna Jej imieniem i nazwiskiem.

Mija właśnie 35 lat od Jej śmierci i 50 od naszej matury. Z tej okazji spotykamy się 11, 12 VI br. I myślę, że tematów do rozważań i wspomnień nie zabraknie.

                                                                               Mgr Teresa Mausolf
                                                                                  z domu Jaskóła