Mieczysław Jankiewicz

PAMIĘTNIK mieszkańca Ziemi Kwidzyńskiej
Mieczysława Jankiewicza – seniora (1899-1981),
emerytowanego Kierownika Powiatowego Biura Geodezji i Urządzeń Rolnych w Kwidzynie

P iszę ten pamiętnik w roku 1969, w którym to mija ćwierć wieku od powstania w wyzwolonym Lublinie pierwszych władz Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, mijają 24 lata od zakończenia drugiej wojny światowej, a dla mnie mijają 23 lata od opuszczenia Lublina i osiedlenia się w Kwidzynie.

Przystępując do pisania, zastanawiałem się od czego zacząć pisać te wspomnienia i uznałem za najwłaściwszy moment miesiąc lipiec 1944 roku, gdyż będąc wówczas mieszkańcem Lublina, mam możność opisać dni, w których na moich oczach powstawać zaczęła w tym mieście nowa rzeczywistość, w której do dziś żyjemy.

Urodziłem się 11 grudnia 1899 roku w Lublinie i w mieście tym miałem okazję przeżywać dwa historyczne momenty, pierwszy w listopadzie 1918 roku - rozbrojenie Austryjaków i utworzenie Rządu Tymczasowego przez Ignacego Daszyńskiego zamykające okres utraty przez Polskę własnej państwowości i drugi moment, kiedy 24 lipca 1944 roku, po prawie pięcioletniej okupacji niemieckiej Lublin został wyzwolony przez wojska radzieckie i polskie i znów na krótki okres został stolicą wyzwolonej Polski.

W obu tych latach, miasto oczekiwało wolności, ale w 1944 roku przywrócenie wolności oznaczało nie tylko powrót polskich władz, wolność przynieść miała narodowi ocalenie od zupełnego zniszczenia. Od 1941 roku, w obozie zagłady na przedmieściu Lublina – Majdanek, bez przerwy dymiły piece krematoryjne, które pochłonęły 1,5 miliona ludzi. Spalono wszystkich Żydów lubelskich, którzy przed wojną stanowili prawie połowę ludności miasta. Ciągłe łapanki na ulicach, wywożenie na roboty do Niemiec, głodowe przydziały żywności dla ludności, rugowanie ludności polskiej z dotychczasowych mieszkań i tworzenie w mieście dzielnic dla Niemców, przemianowanie Zamościa na Himmlerstadt i wysiedlenie chłopców z powiatu zamojskiego, a sprowadzenie na ich miejsce osadników niemieckich, wszystko to mówiło, że los narodu zależy tylko od zwycięskiego zakończenia wojny.

Wreszcie nadszedł rok 1944 i dzień wolności zaczął się zbliżać. Na lubelszczyźnie rozwinęła się silna działalność oddziałów partyzanckich, na terrorystyczne wystąpienia okupanta odpowiadały one wysadzaniem pociągów, napadami na posterunki żandarmerii, akcją przeciwko osadnikom niemieckim na zamojszczyźnie. Na drogach wylotowych z Lublina widziałem ustawione tablice z napisem Achtung bandengefahr, nicht einzeln fahren, gewehr in bereitachaft halten co znaczy „Uwaga niebezpieczeństwo band, nie jechać pojedynczo, broń trzymać w pogotowiu”. Przy takiej tablicy stał żandarm, który zatrzymywał wyjeżdżające samochody i formował je w kolumnę składającą się z większej ilości wozów.

W maju 1944 Niemcy rozpoczęli kopanie okopów wokół miasta, do kopania powoływano ludność według grup zatrudnienia. Byłem i ja parę razy na tych robotach, włączony do grupy pracowników Urzędu Ziemskiego, jako pracujący w miernictwie. Do pracy szło się jak na majówkę, z domu dostawało się coś posilnego do jedzenia, a w czasie przerwy obiadowej często zjawiały się butelki z czerwoną kartką.

Mieszczuchy, w kontakcie z przyrodą, nabierali wigoru pamiętam, jak kiedyś pod koniec przerwy obiadowej, grupa fryzjerów obsadziła wykopany przez siebie okop i broniła go bryłami ziemi przed nacierającymi przeciwnikami. Żołnierz z wermachtu, stary Niemiec, który wraz z fryzjerami spożył zakrapiane śniadanie siedział z boku i zaśmiewał się. Okopy kopało się na przedmieściach z dala od gwaru miasta i z radością można było usłyszeć, że front się przybliża, wiatr od strony wschodniej czasami przynosił głuchy pomruk armat. Nadzorujący nas Niemcy, żołnierze ze starych roczników bez przekonania pełnili swoje funkcje. Można się było z nimi wdawać w rozmówki, razu jednego taki żołnierz zapytany o to jakie znaczenie dla czołgów ma taki okop odpowiedział, że żadne i że są one kopane przeciw partyzantom. Dodał po chwili ja te okopy kopię już od Kaukazu i w dwa tygodnie po ich wykopaniu Iwan już w nich jest.

Innego dnia przyprowadzono nas do wykończenia bunkra na przedmieściu Tatary, blisko obecnej fabryki samochodów ciężarowych, w czasie przerwy obiadowej siedzieliśmy pod ziemią, bo na dworze był upał. Jedna kobieta wyjęła list w niebieskiej kopercie, napisany przez nią do męża wywiezionego na roboty do Niemiec, list ten zwróciła jej poczta, kobieta skłopotana pytała się, co to może znaczyć. Zainteresował się tym listem nadzorujący nas Niemiec, przeczytał adres i mówi po niemiecku – Freiberg, to miasto, gdzie Hitler pierwszy raz przelał krew robotniczą /ja nie znam tego faktu/ i powiada, że jest taka pieśń o tym i zaczął śpiewać na nutę Międzynarodówki. Jeden z robotników wybiegł z bunkra i stanął na warcie, a pozostali odśpiewali Międzynarodówkę wraz z Niemcem. Zrobiono składkę, jednego posłano po wódkę, wydobyto domowe specjały i od Niemca dowiedzieliśmy się, że jest on komunistą, że der Krieg geht zu Eden i Hitler ist kaput.

Pamiętam jak kiedyś zostawiono mnie samego na terenie koszar do wyczyszczenia z brył głębokiego i dużego dołu na amunicję. Zajęty robotą naraz słyszę po rosyjsku „Pan kupi siebie koc, imieju charoszij koc”. Zaskoczony podnoszę głowę i widzę żołnierza niemieckiego stojącego nad brzegiem dołu. Zdziwiony mówię do niego otkuda wy tak charaszo goworitie po rusku, a on mi odpowiada ja ruskij, w plen popał, z głodu umirał, a obecnie jestem furmanem, mam parę koni i wóz. Oczywiście koca nie kupiłem.

Z kontaktów jakie się miało z Niemcami w czasie tych robót, odniosło się przekonanie, że nie ma już u Niemców wiary w zwycięstwo i widzą oni nadchodzącą klęskę.    

W związku z kopaniem okopów wokół miasta miały miejsce aresztowania pracowników Miejskiego Biura Pomiarów pod zarzutem dostarczenia partyzantom planów z naniesionymi okopami. Kierownik Biura Pomiarów inż. Sadownik uniknął aresztowania, gdyż nie zastano go w domu, zaaresztowano jego młodszego brata. Udało się go wykupić od Niemców na dwa dni przed masakrą więźniów na Zamku lubelskim.

Do tych oznak wskazujących na bliski koniec okupacji doszły wieści o wylądowaniu we Francji wojsk alianckich, powstał drugi front, również wiadomość o zamachu na Hitlera dokonanym w jego kwaterze przez generałów, potwierdziły przekonanie, że to już nadchodzi koniec butnej przemocy niemieckiej. Zaczęły się naloty samolotów radzieckich i bombardowania nocne. Bomby rzucane były na obiekty wojskowe i dzielnice wydzielone dla Niemców. Mimo to wiele osób, opuszczało na noc, swoje mieszkania.

Niemcy rozlepili afisze z wezwaniem, aby pracownicy nie opuszczali swoich miejsc pracy i grozili w nich aresztowaniem tych, którzy się do pracy nie stawią.

20 lipca przez Lublin przejechał długi tabor wozów naładowanych betami i rodzinami kolonistów niemieckich z zamojszczyzny, którzy ewakuowali się zabierając wszystko co dało się zabrać. Byli uzbrojeni w karabiny i patrzyli jak wilki na ludność przyjmującą tę defiladę.

Wzmógł się ruch samochodowy. Następnego dnia trudno już było przejść przez ulice tyle samochodów przejeżdżało przez miasto. Zaczęła się również ewakuacja Lublina. 24 lipca 1944 roku wyszedłem rankiem do miasta, z jedenastoletnim synem, aby mu pokazać jak Niemcy uciekają. Potok uciekających samochodów wypełniał ulice, tworzyły się zatory, widziało się oficerów z nieogolonymi brodami, w brudnych koszulach, korzystających z chwilowego postoju, aby się położyć na chodniku w cieniu kamienicy.

Swąd spalonej benzyny, nieustanny warkot motorów, nerwowy pośpiech, dokładnie przypominały nasz odwrót w 1939 roku tylko w większej skali.
Na ulicy Krakowskie Przedmieście starszy już mężczyzna stał na swoim stałym miejscu sprzedaży gazet i wykrzykiwał „ostatni Głos Lubelski”. Kupując gazetę spytałem go, czy naprawdę ostatni, a on mi odpowiada – widzi pan co się dzieje, ostatni na pewno.

Odprowadziłem syna do domu, a sam poszedłem sprowadzić węgiel. Jeden z poznańczyków wysiedlony przez Niemców zaproponował mi abym kupił od niego kwit na opłaconą tonę węgla, gdyż on ma zamiar wyjeżdżać z Lublina, aby nie być odciętym od Poznania przez linię frontu. Wziąłem ten kwit z warunkiem, że zapłacę, jeżeli mi się uda ten węgiel sprowadzić i udałem się do składu opałowego. Skład ten położony był w pobliżu terenów kolejowych w dzielnicy Bronowice. Skład był czynny, magazynier sprawdził w książce i mówi mi, że węgiel jest zapłacony wraz z przewozem, ale nie ma żadnego kierowcy, bo wraz z kierownikiem Niemcem wyjechali do Radomia. Jeżeli znajdę furmana, to on mi węgiel może wydać. Na postoju, gdzie zwykle było dużo wozaków zastałem tylko jednego, który gdy mu powiedziałem, że mieszkam w śródmieściu odmówił, motywując, że nie ma mowy, aby przejechać przez zatłoczone wojskowymi transportami ulice. Dodał on jeszcze, że zaraz zjedzie z postoju do domu, bo przed chwilą się dowiedział, że w miejscowości Ciecierzyn są już wojska polskie.
Wiadomość ta wydała mi się fantastyczną i wróciłem do składu szukać innej okazji, gdyż bardzo mi zależało na tym węglu. Na podwórzu składu stały dwa samochody ciężarowe i nagle na podwórze wbiega podoficer z żołnierzem i mówi, że potrzebny mu jest samochód na pół godziny, mówi, że on go zwróci on nie kłamie bo jest Austryjakiem (Ich luge nicht ich bin Oesterreicher).

Okazało się, że kluczyków do samochodów magazynier nie posiadał. Wybiegającego podoficera zdążyłem zapytać jak daleko jest front, odpowiedział 10 kilometrów i wybiegł na ulicę. Zorientowałem się, że wiadomość o wojskach polskich w Ciecierzynie to nie fantazja, pomyślałem o tym aby jak najprędzej znaleźć się w domu bo mogą się wywiązać walki uliczne, a miałem przejść ze dwa kilometry.    

Na ulicy Zamojskiej zacząłem spotykać postacie wybladłe, idące osłabionym krokiem, okazało się, że są to więźniowie wypuszczeni z więzienia na zamku. Spotkałam wtedy technika Promińskiego, ledwie szedł, spocona koszula przylepiała się mu na plecach, ręce w przegubach miał obandażowane. Był on pracownikiem Biura Pomiarów miasta Lublina i aresztowano go wraz z innymi za wydanie planów partyzantom o czym już pisałem. Wziąłem go pod rękę i prowadziłem do domu z powrotem na Bronowie. Po drodze wprowadziłem go do kawiarenki, aby coś zjadł. O jedzeniu nie chciał słyszeć, napił się tylko oranżady. Opowiedział mi co przed chwilą przeżył. Od rana Niemcy na Zamku rozstrzeliwali więźniów, z początku wyprowadzali ich z cel, a w końcu wystrzelali w celach.
Przed południem Niemcy opuścili Zamek i więźniowie którzy ocaleli rozeszli się po mieście. Zabito wtedy około 300 osób, pogrzeb na stokach wzgórza zamkowego odbył się dwa dni potem, przy tłumach publiczności. Zginęli oni na parę godzin przed oswobodzeniem miasta. Jak się później dowiedziałem zginęło tam wtedy kilku moich znajomych, a między nimi mój bliski kolega z podchorążówki w Krakowie, Kazimierz Kalicki. Odprowadziłem Promińskiego do domu, oddałem go pod opiekę żonie, zostawiłem im pieniądze jakie miałem przy sobie i szybko wracałem do domu. Wygląd ulic zmieniał się bowiem z każdą chwilą, z fabryki maszyn rolniczych Wolskiego cywile zaczęli wytaczać na ulicę wozy taborowe, które fabryka robiła dla wojska. Chłop przy dyszlu, żona popycha, gapie się przyglądają, a Niemcy jadą i jadą nie zwracając na to uwagi. W okolicach kościoła garnizonowego widać wielkie kłęby dymu, paliły się tam jakieś baraki. Przyszedłem do domu około godziny drugiej. Siedząc przy obiedzie usłyszeliśmy silne detonacje, to czołgi radzieckie były już w śródmieściu i toczyły walkę. Synowie moi przyzwyczajeni, że przed nalotem zawsze syreny ryczały na alarm, a tym razem tego nie było wyrazili niezadowolenie, co za porządki, już bombardują, a nie było alarmu.

24 lipca 1944 roku Lublin został zajęty przez wojska radzieckie i polskie. Przez dwa dni jeszcze bronili się Niemcy w niektórych budynkach między innymi w pałacu poradziwiłłowskim i na końcu ulicy 3 Maja, ja mieszkałem przy ulicy Wyszyńskiego, która była pod ostrzałem z pałacu poradziwiłłowskiego i dopiero 26 lipca mogliśmy wyjść na ulice. Na ulicach leżały trupy żołnierzy niemieckich, widziało się dużo zabitych koni, w wąskiej uliczce Pijarskiej stały naprzeciw siebie dwa czołgi, które stykały się lufami, oba spalone. Domy przy tej uliczce spaliły się. Koło wodociągów przy moście na Bystrzycy leżał czołg na wieżyczce i lufie, obrócony gąsienicami do góry, taki sam na końcu ulicy 3 Maja. W śródmieściu, kilka kamienic spalonych, parę uszkodzonych pociskami, jezdnie i chodniki potrzaskane, w wielu sklepach okna bez szyb zabite deskami.
Mijałem te znaki wojny bez specjalnego zainteresowania, mimowolnie zaliczając je do tego zła, co już minęło, a człowiek szedł ulicami i nastawiony był na poszukiwanie oznak tej nowej rzeczywistości, która nadeszła. Chciało się jak najprędzej dowiedzieć jaką ona jest i co przynosi.
Na mieście nastrój radosny, domy przybrane flagami narodowymi. Dowiaduję się, że na ulicy Spokojnej (obecnie ulica 22 Lipca) w gmachu dawnej Izby Skarbowej obrał sobie siedzibę Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Czytam, wraz z licznymi przechodniami, plakaty z Manifestem Komitetu. Dowiaduje się z niego o zapowiedzi przeprowadzenia, natychmiast, reformy rolnej. Jako mierniczy zdaję sobie sprawę, że będę brał w tym udział. Czytam dalej wezwanie do prowadzenia dalszej walki z okupantem i o tym, że ziemie zachodnie będą wyzwolone, a granicą stanie się Odra i Nysa.

Czytając ten Manifest nie przypuszczałem, że tak szybko zaczną się realizować zapowiedziane zamierzenia, że program w nim zawarty, odmieni życie całego narodu, a mnie lubliniaka od 45 lat mieszkającego w tym pięknym mieście, wyciągnie z rodziną na ziemie odzyskane, które wtedy były czymś dalekim i nieznanym.

Wojsko Polskie rzeczywiście wkroczyło do Lublina, były to oddziały pod dowództwem generała Berlinga. Żołnierzy spotykano serdecznie, wypytywano czy jest ich dużo, skąd pochodzą i cieszono się widząc nie tylko piechotę ale i inne rodzaje broni.

Mój synek Krzysztof, który miał wtedy sześć lat i nie pamiętał widoku żołnierza polskiego, a obecnie jest porucznikiem WP, przybiegł do mnie podniecony, wołając - chodź pokażę ci polskich Niemców. Tak to podczas okupacji polskie dziecko nie poznało słowa żołnierz, a słyszało wciąż Niemiec.

Dnia 9 września 1944 roku ukazał się Dekret P.K.W.N o przeprowadzeniu reformy rolnej.

Dnia 7 października wydano Dekret o mobilizacji sił mierniczych. Zarządzono również rejestrację oficerów rezerwy. Ja, jako porucznik rezerwy, stawiłem się do rejestracji w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w Lublinie, gdzie po przeglądzie lekarskim zostałem uznany za zdolnego do służby wojskowej. Wkrótce potem otrzymałem imienną kartę mobilizacyjną, której treść przytaczam:

Rzeczpospolita Polska. Karta mobilizacyjna.
Na podstawie art.1 i 2 Dekretu PKWN z dnia 7 października 1944 roku o mobilizacji sił mierniczych mobilizuję z dniem dzisiejszym mierniczego przysięgłego Ob. Mieczysława Jankiewicza zamieszkałego w mieście Lublinie przy ul. Wyszyńskiego pod nr 10 na czas przeprowadzenia Reformy Rolnej, do dyspozycji Pełnomocnika PKWN do Spraw Reformy Rolnej na powiat Lubelski. Zjawić się natychmiast w lokalu Pełnomocnika Powiatowego P.U.Z. w Lublinie. O warunkach płacy zaopatrzenia w artykuły żywnościowe i przemysłowe zawiadomi Pełnomocnik P.K.W.N. dla Spraw Reformy Rolnej na pow. Lubelski. Lublin, dn. 15 listopada 1944 roku, Pełnomocnik P.K.W.N. dla Spraw Reformy Rolnej na województwo lubelskie
Fr. Król.

Po otrzymaniu tej karty mobilizacyjnej stawiłem się u Pełnomocnika na powiat lubelski, aby wyjaśnić sprawę tych dwóch powołań i zwrócić mu kartę mobilizacyjną jako później otrzymaną. Oświadczał mi on, że nie po to P.K.W.N. wydał dekret o mobilizacji sił mierniczych abym jako mierniczy miał być powołany do wojska. Zaraz też zatelefonował do Powiatowej Komendy Uzupełnień w sprawie mojego wyreklamowania. Powiedziano mu, że ponieważ tu chodzi o zwolnienie od służby wojskowej oficera to kompetentne jest Ministerstwo Obrony Narodowej. W związku z tym polecono mi udać się do gmachu P.K.W.N. na ulicy Spokojnej, gdzie urzędował Pełnomocnik do spraw Reformy Rolnej na województwo lubelskie. Ob. Franciszek Król, abym mu przedstawił swoją sprawę.
Miałem więc okazję być w gmachu, z którego wychodziły dekrety zmieniające przedwojenny ustrój kraju. Po wylegitymowaniu mnie przez wartownika zostałem wpuszczony do gmachu, tam otrzymałem przepustkę i na I piętrze skierowano mnie do pokoju, w którym urzędował Ob. Król.

Siedział on za biurkiem, a za nim oparty o ścianę stał automat. Uznał on, że podlegam mobilizacji sił mierniczych, a sprawę zwolnienia od służby wojskowej on załatwi. Porobił sobie notatki i w parę dni sprawa została załatwiona.  

Zgłosiłem się więc powtórnie do Powiatowego Urzędu Ziemskiego i tam zostałem włączony do brygady parcelacyjnej na gminę Brzeziny pow. lubelskiego. Brygada składała się z robotników fabryk lubelskich, był w niej również urzędnik z wydziału drogowego magistratu Ob. Cielepała oraz jako drugi mierniczy Ob. Kocuk, który pracował do tego czasu w moim biurze. Zaopatrzono nas w zaświadczenia wystawione w językach polskim i rosyjskim, w których proszono wszelkie władze wojskowe i cywilne o okazanie
niezbędnej ochrony i pomocy przy wykonywaniu czynności służbowych i przy przejazdach.

Jako pierwszy rozparcelowaliśmy majątek Milejów należący do hrabiego Roztworowskiego. Z Lublina wyjechaliśmy w godzinach rannych samochodem ciężarowym. Siedziałem w tyle samochodu i przed miasteczkiem piaski Luterskie zauważyłem, że za nami jadą odkrytym samochodem zdobycznym, niemieckim typu amfibia, Radzieccy oficerowie i nie wymijają nas chociaż im kurzymy. W Piaskach
Luterskich wjechaliśmy na szosę do Chełmna. Okazało się, że amfibia jedzie dalej za nami i znów nie mija, skręcamy na szosę do Milejowa, amfibia jedzie za nami. Minęliśmy majątek Łysołaje, gdzie od szosy do majatku prowadzi krótka zadrzewiona aleja, zauważyłem, że kwateruje tam jakiś sztab, bo było dużo wojskowych samochodów i zbiegały się linie telefonów polowych. Po minięciu Łysołaj towarzysząca nam amfibia mija nas, zajeżdża drogę i staje. Z samochodu wyskoczyło czterech oficerów, lotników
radzieckich. Musieliśmy i my stanąć. Podchodzą do nas ci oficerowie i każą wszystkim wysiadać, żądają okazania dokumentów. Pokazaliśmy swoje zaświadczenia pisane po polsku i rosyjsku, w których było powiedziane, że jesteśmy zatrudnieni w przeprowadzeniu reformy rolnej. Przeczytali, powiedzieli że do Milejowa już niedaleko, mamy iść dalej piechotą, a oni samochód nasz oraz kierowcę zabierają. Jeden z lotników zajął miejsce w szoferce obok naszego kierowcy, reszta wsiadła do swego samochodu., zawrócili i odjechali. Było to nasze pierwsze zetknięcie się z reformą rolną i oczekiwaliśmy różnych niespodzianek ze strony jej przeciwników, ale to co nas spotkało było nieprzewidzianą niespodzianką.

Maszerujemy więc do Milejowa z zamiarem telefonowania do Lublina, aby spowodować szukanie szofera i samochodu. Po drodze przychodziły nam różne domysły, że mogli to być przebrani przeciwnicy reformy rolnej, którzy towarzyszyli nam od Lublina, ale w takim razie nie ograniczyliby się do zabrania samochodu i mierniczych nie zostawiliby w spokoju. Snując różne domysły doszliśmy wreszcie do Milejowa, opowiadamy, co nas spotkało, próbujemy otrzymać połączenie z Lublinem, a tu po jakiejś godzinie nadjeżdża nasz samochód. Szofer opowiada, że jadąc za amfibią, w momencie gdy dojeżdżał do alei prowadzącej do majątku Łysołaje nagle skręcił w tę aleję, minął zatrzymującego wartownika i wjechał na podwórze. Towarzyszący mu lotnik był zaskoczony, a samochód nasz otoczyli żołnierze i oficerowie radzieccy, szybko dowiedzieli się co zaszło, kilku wsiadło na motocykle i popędzili za amfibią. Po pewnym czasie sprowadzili ją na podwórze. Rzeczywiście kwaterował tam jakiś sztab. Całą czwórkę oficerów zatrzymano, a naszemu szefowi kazano jechać do Milejowa. Co ta przygoda miała znaczyć nie dowiedzieliśmy się nigdy, nie było czasu tym się interesować, z miejsca pochłonięci zostaliśmy parcelacją majątku.  

W majątkach były zorganizowane komitety folwarczne. W Milejowie czekano już na nasz przyjazd. Komitet posiadał plan gruntów majątku i rejestr pomiarowy. Zadaniem mierniczych było dokonać projektu podziału gruntów na planie i wznieść ten projekt na grunt. Wytyczne do opracowania projektu mierniczy dostawał od brygady parcelacyjnej, która wspólnie z komitetem folwarcznym ustalałą ile gruntu wydzieli pod ośrodek majątku, ile gruntu przeznaczyć na upełnorolnienie małorolnych gospodarstw w sąsiednich wsiach i ustaliła listę tych, którym ziemię nadawano, wreszcie ustalała wielkość gospodarstw dla dotychczasowych pracowników parcelowanego majątku.
Tutaj spotkałem się z trudnymi  problemami ówczesnej wsi, wystąpiły sprzeczne interesy. Dla dobra gospodarki narodowej należało zachować odpowiedni areał gruntów dla pozostawionego ośrodka, czego nie doceniali chłopi, którzy mieli być upełnorolnieni.

W majątku był chmielnik, który należało utrzymać i wydzielić również grunt na płodozmian dla dalszego prowadzenia uprawy chmielu, o ten problem toczyła się dłuższa walka. Służbie folwarcznej zależało na tym, aby jak najmniej ziemi wydzielić małorolnym chłopom, żeby jak najwięcej zostało do podziału dla nich. Uzgadnianie tych sprzecznych interesów zajęło nam sporo czasu i w Milejowie pracowaliśmy chyba z dziesięciu dni. Nie wszyscy byli zadowoleni z podziału.  

Fornale otrzymali gospodarstwa około 5 hektarowe i uważali, że to za mało, niektórzy mówili nawet, że lepiej im było na służbie we dworze niż będzie na tak małym gospodarstwie.

Właściciel Milejowa, hrabia Roztworowski, rozparcelował przed wojną folwarki Natalin i Starościce, a służbę z tych folwarków przeniósł na folwark Klarów, aby go rozparcelować wyłącznie dla fornali z tych trzech folwarków. Ja robiłem podział Klarowa, mieszkałem wtedy w Milajowie. Na Klarowie utworzono gospodarstwa 12 hektarowe, stąd niezadowolenie z wielkości gospodarstw w Milejowie.

Mieszkanie i wyżywienie mieliśmy dobre, a ponieważ w majątku była gorzelnia, nie brakło również wódki na naszym stole. W Milejowie jest fabryka przetworów owocowo-warzywnych z własną bocznicą kolejową. Na tej bocznicy stał pociąg, w którym mieściły się warsztaty naprawy armat, a w parku, pod drzewami, zgromadzono działa przeznaczone do naprawy. Był to cały las luf podniesionych do góry. Pomyślałem sobie, że takie bliskie sąsiedztwo może nam ściągnąć nalot niemieckich samolotów. Kiedyś w nocy, słyszałem przelatujący samolot. Krążył on  nad majątkiem, obrona przeciwlotnicza nie strzelała. Na drugi dzień po wyjściu na pomiary, robotnicy moi zauważyli na polu jakieś kartki, przynieśli mi kilka. Były to ulotki drukowane po rosyjsku. Jedna namawiała żołnierzy aby się poddawali, że w niewoli będą mogli pracować, a nawet nauczyć się różnych zawodów - ulotka ta stanowi przepustkę. Druga ulotka, była utrzymana w formie karykatury. Przedstawiała ona brodatego chłopa rosyjskiego obutego w plecione z łyka łapcie, który leżał między dwoma płytami prasy, a śrubę ściskającą prasę dokręca Żyd - komisarz a czerwoną gwiazdą, z chłopa zaś wycieka czerwona krew. Pod rysunkiem wydrukowany był wiersz mówiący o tym, jak pod rządami komunistów żydowskich cierpi biedny lud rosyjski.

Do Milejowa przybyli przedstawiciele komitetu folwarcznego z Łańcuchowa mówiąc, że czekają tam na nas. Wkrótce też przenieśliśmy się do Łańcuchowa. Był to majątek należący do senatora Steckiego, a właściwie do jego żony, posiadał jeszcze folwarki Kajetanówka i Górki.
Przed wojną zaczęto parcelować Kajetanówkę, ja robiłem pomiary i mieszkałem wtedy w Łańcuchowie. Jest tam piękny pałac położony w parku nad rzeką Wieprz, wybudowany w stylu zakopiańskim. Meble w pokoju jadalnym i bibliotece były też w stylu zakopiańskim.

Jak przyjechaliśmy do Łańcuchowa nie było tam już tych mebli, zostały wywiezione przez jakąś jednostkę wojskową. Tutaj podział gruntów był łatwiejszy, gdyż ziemi było dużo, nie było takich sprzecznych interesów.

Służba folwarczna, ponieważ znała mnie sprzed wojny, w zaufaniu pytała, czy to aby pewne, że nic się nie zmieni, że nie trzeba będzie oddawać ziemi dziedzicowi. Mówiłem im, żeby śmiało zaczęli gospodarować na swoim, że jak majątek będzie podzielony i zabudowany, żadna siła nie zmusi chłopa do zejścia z ziemi.

W Łańcuchowie przed naszym przyjazdem komitet folwarczny zabił świnię, narobili wędlin i karmili nas dobrze. Ponieważ nie było tu gorzelni więc czekał na nas bimber wypędzony z buraków cukrowych. Podawano go do każdego posiłku, był on zabarwiony karmelem. W naszej brygadzie parcelacyjnej największym zwolennikiem alkoholu był Ob. Cielepała. Kiedy wszyscy postanowili skasować picie wódki przy każdym obiedzie on był przeciwny temu i dowodził, że nawet pożytecznie jest dla zdrowia, a już na pewno nic nie szkodzi picie alkoholu. Namówiliśmy pokojówkę, która przed wojną w tym dworze pracowała, a teraz z polecenia komitetu folwarcznego usługiwała przy stole, aby zamiast bimbru postawiła butelki z kawą. Przy obiedzie pan Cielepała napełnił wszystkim kieliszki i kiedy wypił swój wpadł we wściekłość i zaczął dziewczynie wymyślać za ten kawał. Chcieliśmy ją wziąć w obronę, ale ona sama się obroniła mówiąc najspokojniej: panie Cielepała, co pan chce ode mnie, czy pan Ciele czy pan Pała.

Uspokoił się prędko i z piciem alkoholu dostosował się do większości. Zaczęły się mrozy, nadchodziły święta Bożego Narodzenia i wyjechaliśmy do Lublina. Przyjeżdżam do domu i zastaję jeden pokój zajęty   przez radzieckiego podpułkownika, a w pokoju tym miałem swoją pracownię.
Żona opowiada mi jak to się stało. Nad naszym mieszkaniem zajął kwaterę jakiś major. Dowiedział się, że w mojej pracowni nikt nie sypia, doniósł a tym swemu pułkownikowi, a ten przez kwaterunek wojskowy zajął mi pokój. Lublin był wtedy przeludniony.
Urzędnicy ministerialni, wysokiej rangi z trudem znajdowali nocleg dla siebie, a ludzi wciąż przybywało.

Trzeba było pogodzić się z utratą tego pokoju, musieliśmy z żoną i czworgiem dzieci mieścić się w dwóch pokojach. Zapoznałem się ze swoim lokatorem. Nazywał się Krasnow i był przydzielony do dowództwa Wojsk Polskich. Był to towarzyski człowiek w wieku około czterdziestu lat. Wieczorami zapraszał mnie do swego pokoju na pogawędkę. Pokazałem mu ulotki niemieckie przywiezione z Milejowa, po przeczytaniu których powiada: „wot swołocz uże podychajet a jeszczo kusajet”. Prosił aby mu dać te ulotki, bo chce pokazać w sztabie.

Otworzono w Lublinie wielki sklep gastronomiczny, w którym można było kupić takie produkty, których nie widzieliśmy przez całą wojnę. Były pod  nim wielkie kolejki, ale oficerowie sztabowi mogli kupować bez kolejki. Pułkownik powiedział mi o tym i zaofiarował się z kupowaniem dla całej mojej rodziny. Dzięki niemu na Wigilię mieliśmy śledzie. Pułkownik lubił moje dzieci, miał zawsze dla nich cukierki.

Kiedyś mój trzyletni syn Tomasz, zachorował na żołądek i matka zapowiedziała mu - jakby ci pułkownik dawał cukierki, to nie bierz broń Boże. Wieczorem słyszę dzwonek w przedpokoju, otwieram drzwi trzymając Tomka na ręku. Pułkownik wita się z nami i mówi „Tomik chodż ko mnie, dam tiebie konfietku”, a Tomek na to „broń Boże”, pułkownik się pyta „czto on skazał” ja tłumaczę – sochrani Bog – i wyjaśniam, że matka mu zabroniła, bo jest chory na żołądek, wobec tego pułkownik daje mu sucharek, a Tomek rączką podbija mu medale na piersiach mówiąc „o jakie pieniążki”, pułkownik znów pyta co on powiedział, tłumaczę „kakije u was dieniożki”. Pułkownik śmieje się i mówi „wot żulik czto on pridumał”, Tomek mówi „ja nie żółw”, tłumaczę „on skazał, czto on nie czeriepucha”. Pułkownik nie może zrozumieć. Wyjaśniam mu, że Tomek zamiast „żulik” usłyszał żółw i dlatego zaprzeczył. Uśmialiśmy się z tej rozmowy.
Nadszedł dzień Nowego, 1945 Roku. Poprosiłem pułkownika na kolację z racji moich imienin. Po kilku toastach mówi on, że w tym miesiącu będą wielkie wydarzenia, on będzie musiał wyjechać, ale kwaterę zatrzymuje i gdyby ktoś chciał się wprowadzić, to nie wpuszczać.

Po Nowym Roku znów pojechałem na wykonywanie reformy rolnej. 12 stycznia byłem w polu na pomiarach folwarku Górny i nagle usłyszeliśmy od zachodu armaty. Takiej kanonady nigdy przedtem nie słyszałem, robiło te wrażenie przelatującej nad głowami eskadry, a byliśmy od frontu na Wiśle oddaleni o jakieś 60 kilometrów. Sprawdziła się zapowiedź pułkownika Krasnowa, nastąpiło wielkie wydarzenie, ruszyła ofensywa zimowa. Oczekiwana ona była przez cały naród. Od sierpnia 1944 roku dochodziły nas wieści o walczącej Warszawie, o tragedii jej mieszkańców po upadku powstania i nie można było zrozumieć, czemu nie wyzwolono jej jednocześnie z Lublinem, a front zatrzymał się na Pradze.

Dalej pracowałem przy reformie rolnej, podzieliłem folwark Kajetanówka i jeszcze dwa inne folwarki, których nazwy nie pamiętam. W jednym z nich, zastaliśmy jeszcze właściciela. Komitetu folwarcznego nie było. Pamiętam jak siedzieliśmy przy dużym stole w pokoju stołowym nad planem majątku, a na drugim końcu stołu właściciel, stary człowiek, kładł sobie pasjansa. Część brygady robiła spis inwentarza majątku, liczyła bydło, konie, maszyny. Zwracało uwagę, że staruszek wcale się nie przejmuje naszym przyjazdem i czynnościami. W pewnym momencie właściciel spojrzał na zegarek, zgarnął karty i mówi: może panowie przerwą swoją pracę, bo zaraz podadzą obiad. W rozmowie, która się wywiązała przy obiedzie powiedział nam, że majątek ten kupił za pieniądze wygrane na loterii, jeszcze za carskich czasów. Czterdzieści lat gospodarował, a teraz pójdzie do miasta i wystarczy mu pensja, jaką byli właściciele majątków mieli otrzymać. Na tym skończyła się moja praca. Reforma rolna na lubelszczyźnie została wykonana. Najwcześniej zostały podzielone majątki w powiecie lubelskim, najpóźniej w powiecie włodawskim. Nikt z naszej brygady parcelacyjnej nie zetknął się z jakąś dywersją przy wykonywaniu naszych czynności, z czym liczyliśmy się poważnie, gdyż z innych powiatów przychodziły wieści o napadach na komitety folwarczne i na mierniczych w czasie pomiarów.

W międzyczasie wojna toczyła się dalej. 17 stycznia została wyzwolona Warszawa. W lutym zapadła decyzja, że rząd przeniesie się do Warszawy. Lublin przestał być stolicą. W lutym wyjechał też mój pułkownik do Włoch pod Warszawą. Na odjezdnym podarowałem mu swoje ostrogi, bo był on kawalerzystą, a nie miał ostróg. Bardzo się ucieszył bo w czasie wojny nie mógł ich dostać nawet w Moskwie.

Z Lublina były wysyłane przez rząd, grupy operacyjne, do wyzwalanych miejscowości. Nasz pełnomocnik Ob. Franciszek Król został pełnomocnikiem do spraw reformy rolnej na województwo bydgoskie.

Dnia 15 marca 1945 roku otrzymałem identyczną imienną kartę mobilizacyjną do reformy rolnej, ale tym razem z poleceniem stawienia się w Bydgoszczy u Ob. Króla przy ulicy Górnośląskiej Nr 10. Nie mogłem jednak tam pojechać, gdyż przy rozładowywaniu zasobnika z krystaliczną sodą kaustyczną, pracując przez nieuwagę w pękniętej gumowej rękawiczce, odniosłem poważne uszkodzenie wielkiego palca u prawej ręki, ciało było spalone aż do kości. Na podstawie orzeczenia lekarskiego zwolniono mnie z tego wyjazdu. Zacząłem wykonywać zawód mierniczego przysięgłego, przyjmując zlecenia na drobne roboty miernicze.

Z Lublina, wraz z wyjeżdżającym rządem, wyjechało wielu dawnych jego mieszkańców i rozjechało się po całej Polsce, zajmując w różnych miastach kierownicze stanowiska w administracji. Między innymi Wiceprezesem Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego w Gdańsku został inż. geodeta Stanisław Gintowt-Dziewałtowski, który zaapelował do Oddziału Lubelskiego Związku Mierniczych, aby koledzy z Lublina przyjeżdżali do Gdańska celem przyjęcia zleceń na wykonanie prac pomiarowych, związanych z osadnictwem na wsi gdańskiej. Zdecydowałem się na wzięcie udziału w tych pracach i pojechałem przez Warszawę do Gdańska. Widziałem wtedy Warszawę pierwszy raz po wojnie, przeszedłem pieszo z dworca wschodniego przez prowizoryczny most u wylotu ulicy Karowej. Mając w pamięci przedwojenną Warszawę, już mało zniszczona Praga, przedstawiała się żałośnie, a kiedy przeszedłem przez most, zobaczyłem umarłe miasto. Dobrze znanych miejsc nie można było poznać, serce się ściskało, gdy zamiast historycznych budynków mijało się wypalone ruiny. Tam, gdzie kiedyś była ulica Świętojańska przechodziłem po wysokim zwale gruzu. Spotykałem całe dzielnice, gdzie nie było nawet wypalonych domów tylko wielkie przestrzenie gruzów, porośniętych bujnie chwastem. Tam, gdzie tysiące ludzi miało swoje gniazda rodzinne, zamieszkiwało teraz ptactwo. Ich szczebiot, zwykle miły dla ucha, teraz raził uszy i wprost wydawał się nieprzyzwoitym, jak wesoły śmiech na cmentarzu. Wracałem na Pragę wstrząśnięty tym, co zobaczyłem. To nie była Warszawa, tylko miejsce po Warszawie.

Granicę dawnych Prus Wschodnich przejechałem w nocy i obudziłem się, gdy pociąg zatrzymał się na jasno oświetlonej stacji Prabuty. Dalej już nie spałem. Po krótkiej jeździe, stacja Kwidzyn. Budynek dworca okazały, jasno oświetlone perony, przejścia podziemne, zegary na peronach, czystość i ład zrobiły na mnie miłe wrażenie. Wisłę przejechaliśmy po drewnianym moście, jadąc na Opalenie i Smętowo. Most w Tczewie nie był odbudowany. Wojewódzki Urząd Ziemski mieścił się wtedy w Sopocie. Gdańsk minąłem bez wysiadania, pociąg mój szedł do Gdyni.

Do województwa gdańskiego weszły oprócz powiatów stanowiących przedwojenne tereny Polski, tereny dawnych Prus Wschodnich, z których utworzono powiaty: malborski, elbląski, sztumski, nowodworski i kwidzyński. Z terenów tych wyjechała ludność niemiecka, zaczęło się polskie osadnictwo, trzeba było dla tych osadników utworzyć gospodarstwa rolne, stąd wielkie zapotrzebowanie na wykonawców prac mierniczych. Przyjęto mnie jako bardzo pożądaną osobę. Na pytanie, w którym powiecie chciałbym podjąć pracę, mając w pamięci ładny dworzec kwidzyński, powiedziałam, że w kwidzyńskim.

Dnia 15 października 1946 roku zawarłem umowy na przeprowadzanie regulacji gruntów gospodarstw wiejskich we wsiach Wandowo, Otoczyn, Mary, Krzykosy i Gilwa na ogólnej powierzchni około 2 000 ha.
Dzień ten stanowi punkt zwrotny w życiu moim i mojej rodziny, gdyż w dniu tym podpisując umowy na wykonanie tych kilku prac, nie wiedząc o tym, związałem się na stałe z Ziemiami Odzyskanymi. Przyjechałem, aby wziąć udział w zasiedlaniu tych ziem, a po roku sam stałem się osiedleńcem, sprowadzając tu swoją rodzinę składającą się z żony, czterech synów i jednej córki. Pisząc teraz o tym, przypomniałem sobie lipiec 1944 roku, kiedy czytałem w Lublinie Manifest PKWN zapowiadający wyzwolenie ziem zachodnich, które już w 1946 roku nazywały się Ziemiami Odzyskanymi.

Po zawarciu umów, wróciłem do Lublina po narzędzia miernicze i zwerbowanie jakiegoś pomocnika. Zgodził się pojechać ze mną, pracujący u mnie przed wojną, ob. Piotr Nawrot.

W Kwidzynie zgłosiłem się w Powiatowym Urzędzie Ziemskim, tam uzyskałam informację, że wszystkie te wsie położone są w gminie Wandowo. Wójtem tej gminy był wówczas ob. Wajler, który poradził mi, abym sobie obrał kwaterę we wsi Otoczyn, gdyż są tam już osadnicy.

Pojechał tam razem ze mną i ulokował mnie u ob. Józefa Sikory. W myśl zawartych umów, prace miałem rozpocząć do 1 listopada. Oprócz wynagrodzenia miałem otrzymać w naturze, na czas trwania robót na gruncie, odpowiedni lokal na mieszkanie z opałem i światłem, a na kancelarię z opałem, światłem i usługą, niezbędną ilość robotników i podwód, materiały na znaki pomiarowe. Był już koniec października, kiedy przystąpiłem do prac pomiarowych.

Zażądałem, aby wieś dostarczała codziennie 5 robotników. Powiedziano mi, że to niemożliwe, bo pozostałyby nie wykopane kartofle. Dostawałem 2 lub 3 chłopaków do roboty. O żadnych podwodach nie było mowy, we wsi mało kto miał konie, wielu czekało na przydział zagranicznych koni z UNRR. Przychodziły ich transporty do Gdańska i po pewnym czasie można było widzieć w powiecie kwidzyńskim, dużo średniej wielkości bułanków, były to konie norweskie. Do Kwidzyna, w sprawach urzędowych, niejednokrotnie wędrowałem piechotą. Na szosie spotykałem niewielu ludzi. Trafiały się jeszcze niezamieszkałe zabudowania, na których ktoś wywiesił biało-czerwona chorągiewkę i przybił kartkę z napisem "to gospodarstwo zajął ob. X - nie szabrować". Po gęsto zaludnionej wsi lubelskiej, uderzały w oczy pustka i duże obszary nie obrobionej ziemi, na której wyrosły bujne osty. Najgorzej przedstawiała się wieś Bątki, przez którą musiałem przechodzić, zaczęli do niej dopiero napływać repatrianci z grodzieńszczyzny i dużo jeszcze ziemi leżało odłogiem.

Osadnicy w Otoczynie skarżyli się na plagę myszy, które zniszczyły im zasiewy i zbiory zbóż. Plaga ta nie ustawała. Sam widziałem, jak przy jesiennej orce w 1946 roku, w wyoranej bruździe było bardzo dużo przekrojonych myszy, a mnóstwo żywych uciekało. Siejąc na jesieni 1946 roku mówiono - siejemy trochę dla siebie reszta dla myszy. Klęska ta wystąpiła nie tylko w powiecie kwidzyńskim, ale i na wielu obszarach Ziem Odzyskanych. Kto tego nie widział nie może sobie wyobrazić jakie mogą być następstwa działań wojennych. We wsiach, które dostałem do roboty, spotkałem się z ludnością przybyłą z różnych stron kraju. Na przykład w Otoczynie:
Hermanowicze z wileńszczyzny, mój gospodarz Sikora z Pomorza, Szymura z krakowskiego, a w roku 1947 doszli jeszcze osadnicy z województwa rzeszowskiego z tak zwanej "akcji W". W Gilwie było dużo osiedleńców z powiatu lipnowskiego. W Krzykosach prawie wyłącznie garwoliniacy. Przy pierwszych spotkaniach rozmowę zwykle się zaczynało od pytania, skąd kto przyjechał.

Element osadniczy był różnoraki, byli wśród nich małorolni chłopi, w Krzykosach natomiast dawna służba folwarczna, spotykało się również takich, którzy dopiero tutaj zabierali się do rolnictwa. Wystąpiły rónież wielkie różnice poziomu kulturalnego, różnice w sposobach gospodarowania. Dla tak różnorodnego elementu tworzono gospodarstwa o powierzchni od 8 do 15 ha, a gospodarstwa hodowlane nawet do 20 ha.

Zajęty pracą Kwidzynie poznawaniem tutejszych zagadnień ani się spostrzegłem jak spadł śnieg Kwidzynie zbliżyły się święta Bożego Narodzenia.

Na zimę miałem zaplanowany wyjazd do Lublina i opracowywanie tam projektów regulacji, a ponieważ  w Kwidzynie osiedlił się mierniczy przysięgły Józef Lis wraz z żoną - mieszkali oni przy ul. Zduńskiej – chciałem u nich zostawić na zimę instrumenty miernicze. Nie zastałem ich w domu, a sąsiadka u której zostawiłem instrumenty powiedziała mi, że oboje wyjechali i pan Lis ma wrócić po południu. Kolega Lis prowadził również prace pomiarowe na zlecenie Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego i miał przedstawić w Gdańsku operat wsi Rakowiec w związku z przypadającą do wypłaty ratą za regulację tej wsi. Ponieważ i ja, przed wyjazdem do Lublina musiałem być w Gdańsku, zależało mi na zobaczeniu się z kolegą Lisem, aby się od niego dowiedzieć o wymaganiach inspektorów opiniujących rachunki do wypłaty. Nasze umówione spotkanie na dworcu w Kwidzynie miało dramatyczny finał, gdyż kolega Lis zginął w trakcie podróży, w katastrofie kolejowej jaka wydarzyła się w Prabutach. Rankiem pojechaliśmy z jego pomocnikiem Ob. Jachimowiczem do Prabut. Zezwolono mi zabrać zwłoki do kostnicy, depeszą zawiadomiliśmy żonę. Został on pochowany w Warszawie, a prace regulacyjne wykończyła jego żona, Otylia Lisowa, która również była mierniczym przysięgłym. Ja udałem się do Gdańska, pobrałem należność za roboty i pojechałem do Lublina na święta. Przez zimę pracowałem nad regulacjami wsipraca jemu nic dobrego nie przyniesie. Pytam go dlaczego tak sądzi. Mówi mi, że zajął gospodarstwo z ładnymi zabudowaniami i sadem, do którego należał również domek postawiony dla robotników, których zatrudniał dawny właściciel - Niemiec. Domek ten zajął inny osadnik i kiedy przystąpię do regulacji siedlisk obawia się, że wydzielając siedlisko dla tego osadnika popsuję mu jego siedlisko. Po przerwie obiadowej robotnik ten przyniósł z domu plik dokumentów i pokazał mi je. Były to dowody w języku hiszpańskim i urzędowe tłumaczenie na język polski, z których wynikało, że ob. Wieloch walczył w Hiszpanii w 1936 roku. Z zaciekawieniem obejrzałem te chwalebne papiery, ale kiedy usłyszałem, że proponowano mu po powrocie do kraju różne funkcje, których nie przyjął, gdyż jako rolnik wolał zająć się rolnictwem i obrał sobie to właśnie dobre gospodarstwo, zacząłem się obawiać, że zechce on zdyskontować swoje zasługi przy regulacji siedlisk. Kiedy praca moja posunęła się do tego etapu i granice siedlisk w całej wsi zostały już przeze mnie zaprojektowane i wyznaczone na gruncie, postanowiłem regulację siedliska Ob. Wielocha i zainteresowanego osadnika pozostawić im samym. Przyszedłem na miejsce i powiedziałem, że do domku robotniczego, którego okna otwierały się na sad zajmowany przez Ob. Wielocha należy wydzielić teren odpowiedniej wielkości, aby można było na nim postawić zabudowania gospodarcze i że im obu proponuję wytyczenie granic tego siedliska. Sprawdziło się przysłowie: z dużej chmury mały deszcz. Po wytyczeniu przez nich granic, wprowadziłem tylko poprawkę za ich zgodą, że zamiast jednego rzędu jabłoni w sadzie ob. Wieloch odstąpił jeszcze drugi. Tak ustalone granice zamierzyłem i wniosłem do planu gruntów wsi Gilwa. Później na ogólnym zebraniu wsi z okazji okazania projektu podkreśliłem obywatelskie stanowisko ob. Wielocha, któremu rzeczywiście trudno było oswoić się z myślą, że nowe granice będą dla niego mniej korzystne, a których konieczność uznał.

Wszystkie prace prowadziłem na podstawie umów zawartych z Wojewódzkim Urzędem Ziemskim w Gdańsku jako mierniczy przysięgły. Był to wolny zawód i w związku z tym płaciłem podatek obrotowy i dochodowy. Również czynsz mieszkaniowy był znacznie wyższy niż dla pracowników instytucji uspołecznionych, nie korzystałem również z Ubezpieczalni Społecznej. W celu poprawy warunków materialnych zaczęto organizować Spółdzielnie Pracy. W lutym 1949 roku wstąpiłem do Spółdzielni Pracy Mierniczych Przysięgłych „Geo" w Łodzi. Na Wybrzeżu jeszcze takiej spółdzielni nie zorganizowano. Jako członek tej spółdzielni wykończyłem wszystkie prace w powiecie kwidzyńskim.

Powiat szybko się zaludniał. Zniknęły odłogi, ziemia coraz lepiej była uprawiana. Na wsi nie spotykało się już opuszczonych zabudowań. Również szybko zaludniło się miasto Kwidzyn. Kiedy w 1946 roku przyjechałem tutaj, jeszcze wiele domów było niezamieszkałych, okna w tych domach pozbawione były ram okiennych, gdyż na polecenie magistratu zostały one zmagazynowane.

Teraz w tych oknach wisiały już firanki, wieczorem okna były oświetlone. W dni targowe do miasta zjeżdżali się chłopi przywożąc na sprzedaż swoje produkty, a nie tylko po to, aby z magazynów pobierać ziarno do siewu lub ziemniaki do sadzenia, jak to było w roku 1946. W mieście otworzono sklepy, masarnie, warsztaty rzemieślnicze. Były one w większości własnością osób prywatnych. Życie w mieście zaczęło się stabilizować, przystąpiono do usuwania zniszczeń wojennych, burzono wypalone domy, uruchomiono hotel, przybywało uporządkowanych chodników i skwerów.
Zorganizowano muzeum w budynku Zamku. Powstało wiele szkół i internatów. W gablotach zakładów fotograficznych coraz więcej wystawiano zdjęć nowożeńców. Ludność powiatu składająca się z osiedleńców przybyłych z różnych stron Polski, a nawet spoza jej granic, wytworzyła już nową społeczność, która szybko potrafiła zamienić zniszczone i opustoszałe Ziemie Odzyskane na nasze Ziemie Zachodnie.
Przy wykonywaniu mego zawodu nie miałem okazji na wsi kwidzyńskiej spotkać się z ludnością polską zamieszkałą tutaj od wieków.
Tak się złożyło, że we wsiach w których przeprowadzałem regulację gospodarstw, były tylko gospodarstwa poniemieckie. Z ludnością autochtoniczną, a jak później zaczęto ją nazywać rodzimą, zetknąłem się w codziennej pracy w pomiecie sztumskim.

Od dnia 1 kwietnia 1950 roku objąłem stanowisko mierniczego powiatowego w Starostwie Powiatowym w Sztumie. Mieszkałem w dalszym ciągu w Kwidzynie, do pracy wyjeżdżałem pociągiem o godzinie szóstej i wracałem o godzinie szesnastej. Tam spotkałem się z ludnością rodzimą, od wieków zamieszkującą te ziemie. W moim biurze zastałem dwóch młodych pracowników, którzy przed wojną pracowali w katastrze niemieckim w Sztumie. Interesanci przychodzący do biura w większości byli dawnymi mieszkańcami tych ziem.

Sprawy, które sprowadzały ich do urzędu polegały na uzyskaniu wyciągów z martykuły katastralnej stwierdzających własność posiadanego przed wojną gospodarstwa. Przy wydawaniu tych wyciągów wielokrotnie stwierdzałem fakt zmiany czysto polskiego nazwiska na niemieckie np. Bentkowski na Benz, pozostawiono tylko pierwszą literę bez zmiany. Przemiany tych nazwisk mają daty odpowiadające dacie dojścia Hitlera do władzy. Zapytywałem tych ludzi, dlaczego pozmieniali nazwiska, odpowiadano mi że byli zmuszani do tego przez władze niemieckie.

Zmiany wprowadzali Niemcy również do nazw miejscowości. Kiedy była zorganizowana wystawa Ziem Odzyskanych we Wrocławiu, otrzymałem apel z Wojewódzkiego Urzędu Geodezji w Gdańsku, aby przejrzeć archiwum katastralne i wypożyczyć na wystawę dokumenty stwierdzające polskość tych ziem. Wysłałem wtedy kilka map ilustrujących akcję germanizacyjną. Na mapie miejscowości Mikołajki, nazwa przekreślona czerwonym tuszem i wpisano Nikolajken, następnie znów skreślenie i wpis Niklaskirchen. Na mapie miejscowości Kołoząb, skreślenie i wpis Collozomp, potem znów skreślenie i wpis Calsen. Nazwę Wilczewo skreślono i wpisano Wilzen. Wysłałem również kilka map separacyjnych z połowy ubiegłego stulecia, na których nazwiska właścicieli gruntów były polskie.

W powiecie sztumskim zetknąłem się z przykrymi stosunkami jakie powstały między nowymi osadnikami a ludnością autochtoniczną.
Gospodarstwa autochtonów były dobrze zorganizowane, o dużej powierzchni, poziom życia i kultury wyższy od poziomu osadników, co w wielu wypadkach wywoływało u nich uczucie obcości. Do autochtonów nie mieli zaufania, przypominali im Niemców i tak ich często nazywali. Z drugiej strony, ludność miejscowa, krytycznie przyglądała się przybywającym osadnikom, raziły ich sposób życia i gospodarowania. Długi czas stosunki nie były najlepsze i w czasie tak zwanej akcji łączenia rodzin sporo autochtonów zdało gospodarstwa na Skarb Państwa i wyjechało do Niemiec. Przyczyniły się do tych wyjazdów również emerytury przyznawane w Niemczech inwalidom wojennym. Mimo tych początkowych przykrych zadrażnień, stopniowo i tutaj zaczęła się konsolidacja powojennego społeczeństwa.

Kiedyś przyszedł do biura interesant, zamówił wytyczenie w swoim gospodarstwie we wsi Ankamaty nowego budynku, który miał zamiar budować. Spytałem go z jakich stron pochodzi, okazało się że z wileńszczyzny. Ankamaty, to wieś zamieszkała przez autochtonów. Przyjeżdżam tam rowerem, odszukuję gospodarstwo swojego interesanta. Nie zastałem go w domu. Gospodarstwo jest duże, dobrze zagospodarowane. Przyjmuje mnie kobieta mówiąca jakimś dziwnym językiem, nie takim jak mówi ludność rodzima w tych stronach. Posyła po męża i od niego dowiaduje się, że ożenił się on z wdową autochtonką. Żona od niego przejęła akcent i zwroty wileńskie, które w połączeniu z językiem jakim dotąd się posługiwała dały ten efekt, że trudno ją było zrozumieć. Jeden z pracowników naszego biura, któremu za czasów niemieckich zmieniono nazwisko, ożenił się z nauczycielką, warszawianką, która przed ślubem postawiła mu warunek, aby wrócił do swego polskiego nazwiska, co uczynił. Inny z młodych pracowników biura, kiedy wrócił z wojska niemieckiego w 1945 roku nie umiał mówić po polsku. Opowiadał mi, że chciał sobie kupić zeszyt. W drodze do sklepu cały czas powtarzał sobie: zeszyt, zeszyt, ale jak znalazł się w sklepie zapomniał tego słowa. Tak się tym zawstydził, że postanowił uczyć się języka polskiego. Po wstąpieniu do pracy w katastrze, gdzie znajomość języka niemieckiego była potrzebna, przy pomocy mego zastępcy Ob. Lubowieckiego, zdał on egzamin maturalny, mając uprzednio maturę niemiecką. Wstąpił na wydział Inżynierii Sanitarnej Politechniki Wrocławskiej, który już obecnie ukończył. Tak więc i tutaj czas zaczął robić swoje, chociaż wielu autochtonów powiązanych z Rzeszą wolało tam wyjechać po wyzwoleniu. Wyjechała też księgowa Wydziału Rolnictwa PPRN w Sztumie ob. Niemitz zabierając syna, który ukończył technikum weterynaryjne i nie miał ochoty wyjeżdżać. Przy pożegnaniu częstowała nas pomarańczami, a syn odśpiewał na polecenie matki, polski hymn narodowy.

Ob. Niemitz  mieszkała w Kwidzynie, i codziennie dojeżdżaliśmy razem do pracy w Sztumie. Kiedyś, w wagonie mówi mi ona, że zna mnie od 1946 roku. Przypomniała mi okoliczności w jakich mnie poznała. Było to jeszcze wtedy, kiedy moja rodzina była w Lublinie. Ja przyjechałem ze wsi do Kwidzyna i zatrzymałem się w hotelu, a wieczorem poszedłem do restauracji na kolację.

Restauracyjka była prywatna i kiedy przyszedłem, mieli już ją zamykać. Byłem jedynym gościem, ale właścicielka poszła przyrządzić kolację i usłyszałem z drugiego pokoju jak rozmawia z kimś po niemiecku. Po chwili wyszła stamtąd jakaś młoda pani, usiadła przy pianinie i zaczęła grać. Grała dobrze i z przyjemnością przysłuchiwałem się muzyce. Po jakimś czasie spojrzała w moją stronę i gdy zauważyła, że słucham jej muzyki, zagrała Warszawiankę. Podszedłem i podziękowałem za ten koncert.
Odpowiedziała mi po niemiecku. Język polski znała słabo chociaż pochodziła z polskiej rodziny. Była wdową po kapitanie lotnictwa, wyjechała do Niemiec, dla emerytury po mężu.

Z Kwidzyna wyjechał również lekarz Szypkowski. Mówił doskonale po polsku. Poznałem go, kiedy rozpoznał u mego syna dyfteryt w samym jego początku i dzięki zastosowanym w porę zastrzykom, uratował życie chłopaka. Tak więc powrót tych ziem do narodu polskiego, nie dla wszystkich Polaków od dawna tutaj zamieszkałych, spełnił ich marzenia.
Dla niektórych były ważniejsze względy materialne. Nie wiadomo, czy żałować ich wyjazdu. Za czasów mojego urzędowania w Sztumie, pamiętam sprawę wieży wystawionej ku czci Bismarcka we wsi Jasna. Była to wielka i ciężka budowla z czerwonej cegły. Pobudowana była na wzgórzu. Na szczycie tej wieży umieszczony był kocioł wyłożony szamotem. Podczas uroczystości, Niemcy zapalali w tym kotle smołę. Któregoś dnia, mówi mi architekt powiatowy inż. Bogacki o kłopocie jaki ma z tą wieżą. W Dzienniku Bałtyckim ukazał się artykuł, którego autor zarzucał władzom powiatowym, że przechowują zabytki niemczyzny, chociaż uchwała o rozbiórce tej wieży dawno zapadła, a wieża wciąż stoi. Po ukazaniu się tego artykułu, przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sztumie polecił architektowi, aby natychmiast zajął się zorganizowaniem rozbiórki wieży. Nie lada to była praca i kłopot dla architekta, gdyż wieża wielkością i wyglądem przypominała wieżę dzwonnicy katedry kwidzyńskiej.

Z jej szczytu widać było miasta Elbląg, Malbork i Dzierzgoń i w katalogu punktów triangulacyjnych powiatu mieliśmy ją wykazaną jako punkt triangulacyjny, a punkty triangulacyjne są pod ochroną służby geodezyjnej. Pokazuję katalog inż. Bogackiemu i mówię, że bez zgody Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii wieży tej nie można rozbierać. Ucieszył się, że mu kłopot spada z głowy, z katalogiem poszedł do przewodniczącego. Wtedy ja dostałem polecenie wyjednania zgody na rozbiórkę wieży. Wystosowałem pismo w tej sprawie do Delegatury Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii w Gdańsku i otrzymałem odpowiedź, że odniosła się ona w tej sprawie do Warszawy. Po roku, otrzymuję pismo, że wieża może być rozebrana po uprzednim zaniwelowaniu przez powiatową służbę geodezyjną reperu znajdującego się na jej cokole i zastabilizowaniu na gruncie punktu triangulacyjnego, którym był maszt flagowy na szczycie wieży.

Wkrótce powiadomiono mnie, że następnego dnia wieża ma być wysadzona w powietrze, i że rankiem, z przewodniczącym pojedziemy do wsi Jasna, abym mógł dokonać potrzebnych pomiarów, gdyż wysadzenie ma nastąpić o godzinie dwunastej.

Na drugi dzień przybyliśmy do Jasnej, gdzie zastaliśmy już saperów zajętych przygotowaniami. Po zaniwelowaniu reperu poleciłem zerwać ceglaną podłogę na środku sali, aby na przekątnych wkopać kamień odpowiadający masztowi znajdującemu się na szczycie wieży. Wtedy jeden z przyglądających się autochtonów mówi, że jeżeli ja szukam kamienia, to on wie gdzie jest kamień i pokazuje nam ścianę i każe na wysokości około 1 metra nad podłogą opukiwać. Domyśliłem się, że chodzi mu o kamień węgielny. Odbito tynk i według jego wskazówek usunięto cegły. Ukazała się wykuta w piaskowcu skrzynia z wpuszczonym z góry wiekiem. Po otworzeniu wieka skrzynka okazała się pusta ku naszej ogólnej konsternacji. Wtedy staruszek powiedział, że oprócz dokumentów były w niej złożone monety od 1 feniga do złotej dwudziestomarkówki, które w czasie pierwszej wojny światowej zabrał murarz zamieszkały w
ich wsi. Z okolicznych domów, w których zostawiono otwarte okna, ludność udała się na szosę, my samochodami pojechaliśmy tam również. Z szosy nie było widać spodu wieży, zasłaniał ją pagórek. Punktualnie o godzinie dwunastej wieża rozszerzyła się w swojej podstawie, nadbiegł grzmot detonacji, a gdy opadł kłąb różowego kurzu, ukazał się pusty zielony pagórek. Miało się wrażenie, że nigdy tu żadnej wieży nie było, a obraz jej przed chwilą widziany z szosy, był halucynacją.

Tak skończył się kłopot architekta powiatowego. Zginął on biedak w zimie 1956 roku wracając samochodem z podróży służbowej. W miejscowości Koniecwałd samochód w poślizgu wpadł do kanału przy jeziorze, kierowcę i dwóch pasażerów wydobyto a inżynier Bogacki utopił się w samochodzie.

W lutym 1952 roku urodziła mi się córka, jako szóste dziecko w mojej rodzinie stała się ona rodowitą kwidzynianką. Takich małych obywateli Kwidzyna przybywało co roku wielu. Zaludnienie miasta i powiatu powiększało się już nie tylko skutek osadnictwa.

Jak już wspomniałem, od 1 kwietnia 1950 roku codziennie dojeżdżałem z Kwidzyna do pracy w Sztumie, trwało to do 1 czerwca 1955 roku. W Kwidzynie, Mierniczym Powiatowym był inżynier Janusz Studziński, który przeniósł się na stanowisko inspektora do Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego w Gdańsku. Na jego miejsce województwo wyznaczyło mnie, gdyż mieszkałem w Kwidzynie i przez pięć lat zajmowałem analogiczne stanowisko w Sztumie. Przestałem więc jeździć codziennie do Sztumu, ale codziennie od godziny piątej rano już nie spałem, tak mi to podróżowanie weszło w zwyczaj.

Obsada Referatu Pomiarów w Kwidzynie składała się  z trzech osób. Ob. Bolesław Kluczkowski, oraz jednocześnie ze mną zatrudniony mierniczy przysięgły, Michał Lacki i ja jako kierownik. Pracy było bardzo dużo w związku z zarządzonym założeniem rejestrów gruntowych dla każdej wsi. Dotychczasowy kataster niemiecki utracił swoją wartość wskutek przeprowadzonych regulacji gospodarstw wiejskich, powstały gospodarstwa mniejsze, na mapach katastralnych określono granice nowych gospodarstw. Wpisy własności w matrykułach zdezaktualizowały się kompletnie. Wszystkie te zmiany musiała przeprowadzić powiatowa służba geodezyjna. Wprowadzona społeczna klasyfikacja gruntów okazała się krzywdząca dla rolników, przygotowywano przeprowadzenie klasyfikacji gleboznawczej. W 1956 roku przeprowadziłem klasyfikację gleboznawczą gruntów we wsi Gardeja oraz we wsi Tychnowy, gdzie klasyfikacja społeczna najbardziej odbiegała od rzeczywistej wartości gruntów. Do pracy w Gardei przydzielono mi trzech praktykantów z Liceum Geodezyjnego w Białymstoku, z których ob. Witold Radomski pracuje obecnie w Powiatowym Biurze Geodezji. Wyjeżdżaliśmy o godzinie szóstej rano i wracaliśmy o osiemnastej. Po kolacji sen był mocny, gdyż w ciągu dnia robiło się około dwudziestu kilometrów marszu. Pewnego ranka obudziłem się z bezwładną ręką. W Akademii Medycznej w Gdańsku stwierdzono, że nerw wskutek braku dopływu krwi zamarł. Spałem całą noc na prawej ręce i dopiero po 2 miesiącach wróciło mi władzę.

W Tychnowach poznałem znów autochtonów. Były tam duże gospodarstwa, które płaciły podatki według zawyżonej klasyfikacji społecznej. Moją pracę przyjęto tutaj, jak i w Gardei, bardzo życzliwie. Dojeżdżając do pracy w Tychnowach, wysiadałem na stacji Brachlewo. Stoi tam obok budynku dworca, pomnik postawiony za czasów niemieckich, ku pamięci żołnierzy poległych podczas pierwszej wojny światowej, pochodzących z sąsiednich miejscowości. Na tablicach umieszczonych na pomniku przeważają polskie nazwiska. W październiku 1956 roku kończyłem właśnie klasyfikację gruntów w Tychnowach, gdy przyszły wieści o XIII Plenum KC PZPR.
Dla geodezji w naszym powiecie, październik przyniósł nową pracę, trzeba było wydzielać indywidualne gospodarstwa w tych wsiach, gdzie rozwiązały się spółdzielnie produkcyjne. Do prac, w 1957 roku przysłano kilku geodetów z Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego, ale i powiatowa służba geodezyjna była włączona do tych prac. Ja, w tym roku, oprócz normalnych prac, związanych z prowadzeniem Referatu Pomiarów, wykonałem wydzielenie gospodarstw w Nebrowie Małym i Kaniczkach. Do pomocy przydzielono mi od połowy sierpnia ob. Witolda Kisiela. Była to jego pierwsza praca w zawodzie mierniczym, obecnie pracuje w Powiatowym Biurze Geodezji w Kwidzynie. W roku 1959 rozpoczęto klasyfikację gleboznawczą gruntów w całym powiecie. Na teren powiatu przybyło kilka zespołów powołanych przez Województwo do przeprowadzenia klasyfikacji, które wykonały te prace w przeciągu dwóch lat.

Stopniowo nastąpiła reorganizacja zadań powiatowej służby geodezyjnej. Gdy obejmowałem służbę w Kwidzyńskim Referacie Pomiarów obsada tego referatu wynosiła 3 osoby, a zadania polegały na administracji miernictwa. Nowe pomiary na terenie powiatu wykonywane były przez personel wojewódzkiego urzędu Ziemskiego, lub na zlecenie Województwa przez mierniczych przysięgłych.

Zaczęto też zmniejszać personel mierniczy w województwie i przenosić go do powiatów w związku z nałożeniem na powiatową służbę geodezyjną obowiązku wykonywania wszystkich prac mierniczych, jakie będą potrzebne w powiecie. Personel zaczął się powiększać.

Przybyli geodeci Adolf Lewosz, Ludwik Walor, Witold Kisiel, którzy stale mieszkali w Kwidzynie a zatrudnieni byli przez Wojewódzki Urząd Ziemski.

Oprócz prac związanych z rolnictwem zaczęły wpływać zlecenia na wykonanie podkładów geodezyjnych dla prac budowlanych, a zaczęto budować dużo. Wpływały zlecenia na podkłady pod budowę baz Kółek Rolniczych, filii POM-u, agronomówek, ośrodków zdrowia, zlewni mleka, pawilonów szkolnych i nowych szkół. Ruszyło nowe budownictwo również w mieście. Na wsi rozpoczęła się sprzedaż, przez bank rolny, gruntów Państwowego Funduszu Ziemi w związku z czym geodeci mieli nową robotę. Dostaliśmy większy lokal, zamiast siedziby w budynku na przeciw gmachu prezydium Powiatowej Rady Narodowej, przeniesiono nas do gmachu Prezydium. Po zakończeniu klasyfikacji gleboznawczej gruntów, powiatowa służba geodezyjna założyła rejestry ewidencji gruntów, w związku z tym personel wzrósł o 2 osoby. W roku 1966 nastąpiła nowa reorganizacja, został skasowany samodzielny dotychczas Referat Urządzeń Rolnych, a zadania jego i personel włączono do powstałego jednocześnie Powiatowego Biura Geodezji i Urządzeń Rolnych. Po tej reorganizacji personel wzrósł do osiemnastu osób. Pracy było coraz więcej, czasami powstawały zaległości. Mimo to, biorąc udział we współzawodnictwie między powiatami, Powiatowe Biuro Geodezji w Kwidzynie, corocznie było w czołówce, a w roku 1967 kiedy wojewódzkie Biuro Geodezji i Urządzeń Rolnych w Gdańsku zdobyło pierwsze miejsce w kraju, nasz powiat zdobył drugie miejsce we współzawodnictwie miedzy powiatami.
W pracy codziennej szybko minęło dwadzieścia dwa lata od mego przejazdu przez stację Kwidzyn, aby wykonać w tym powiecie parę pomiarów na zlecenie Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego i wrócić do Lublina.

Zostałem tutaj. Dzieci za wyjątkiem urodzonej tu córki „autochtonki”, pokończyły nauki. Przyjechały tu jako dzieci, są dzisiaj dorosłe czują się kwidzyniakami. Kiedy przyjeżdżają na urlop, żywo cieszą się wszystkim co dotyczy zmian na lepsze, jakie przy każdym przyjeździe stwierdzają.
W roku 1968 na własną prośbę mając sześćdziesiąt dziewięć lat przeszedłem na emeryturę.

Maja praca na tych ziemiach dała mi dużą satysfakcję. W lipcu 1968 roku już jako emeryt otrzymałem odznakę "Zasłużonym Ziemi Gdańskiej", co emerytowi dobrze zrobiło na humor, jako dowód, że o mnie pamiętają.
W dniach 5 i 6 września 1969 roku odbędzie się w Lublinie sesja naukowa stowarzyszenia Geodetów Polskich z okazji 25 rocznicy przeprowadzenia reformy rolnej. Na sesję tę zostałem delegowany przez gdański oddział Stowarzyszenia. Biorąc udział w sesji wrócę pamięcią do wydarzeń sprzed dwudziestu pięciu lat, od których rozpocząłem pisanie tego pamiętnika.
Pójdę na miejsce, gdzie na płocie był przylepiony dekret PKWN zapowiadający przeprowadzenie Reformy Rolnej i włączenie Ziem Zachodnich w granice Polski.

M. Jankiewicz

Pisownia oryginalna

Maszynopis wspomnień znajduje się w zbiorach Pracowni regionalnej.