Bolesław Usow „Konar”

Wybuch II wojny światowej zastał go w Warszawie, gdzie studiował na SGGW. Przyjechał tu z Brodnicy po ukończeniu gimnazjum. Jako podporucznik rezerwy walczył w obronie stolicy. Po jej kapitulacji wyjechał w lubelskie do Krzeszowskiej Huty, gdzie zaczął pracować jako nadleśniczy. Tak jak wielu Polaków nie porzucił myśli o walce z najeźdźcą i zorganizował na tamtejszym terenie oddziały Związku Walki Zbrojnej.

Latem 1943 r. na skutek doniesienia Niemcy wpadli na trop działalności nadleśniczego. Został aresztowany przez gestapo i osadzony w więzieniu w Biłgoraju. Jako najbardziej podejrzanego, poddano go „szczegółowym przesłuchaniom”, a przed śmiercią uratowała go wspólna akcja odbicia więzienia przez oddziały Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i narodowców, używających nazwy Narodowej Organizacji Wojskowej. Tymi ostatnimi dowodził Franciszek Przysiężniak „Ojciec Jan”, gimnazjalny kolega Usowa. Akcja miała miejsce 24 września, zakończyła się pełnym sukcesem, oprócz Usowa, którego w wyniku doznanych tortur musiano wynieść na noszach, uwolniono także jego brata Walentego oraz 72 innych więźniów – w tym znanego prawnika, profesora Stanisława Ehrlicha. Uwolniony Bolesław Usow po miesięcznej kuracji powraca do działalności konspiracyjnej pod pseudonimem „Konar” wstępuje do oddziału Przysiężniaka. Wkrótce zostaje jego zastępcą. Jako dowódca był zawsze do dyspozycji, zwłaszcza, że Ojciec Jan często był nieobecny z racji pełnionych obowiązków. Terenami, na których operowały oddziały Ojca Jana były Lasy Janowskie i ich okolice. Tam właśnie wsławiły się one wieloma bezprecedensowymi akcjami przeciwko Niemcom. Zdarzały się tez takie sytuacje, że ratowały z opresji partyzantów radzieckich i Armii Ludowej. Żołnierze „Ojca Jana” pomagali też ludności zamieszkałej w tych rejonach. Po największej akcji bojowej przeciwko Niemcom, w czerwcu 1944 roku, oddział uległ demobilizacji, a żołnierze rozpierzchli się po całym kraju. Każdy ukrywał się gdzie tylko mógł czuć się bezpieczny, trwało już polowanie NKWD i UB na żołnierzy AK, NSZ, działaczy Polski Podziemnej i wszystkich, którzy nie pasowali do obrazu „nowej” Polski. Tak też było i z „Konarem”. Przez sierpień 1944 ukrywał się w Hucie Plebańskiej, potem w Rudniku nad Sanem, w domu rodziny Skarbimira Sochy, kolegi Usowa z oddziału. Po rozwiązaniu AK w początkach 1945. reaktywowano pracę Narodowej Organizacji Wojskowej. Bolesał Usow zostaje komendantem NOW na powiat Jarosław. Na tych terenach przebywa do do początków września 1945. Jednak jeszcze w tym samym miesiącu w wyniku aresztowań przez NKWD i UB zaistniała konieczność ewakuowania wielu ludzi z tamtych rejonów. „Konara” ostrzeżono, ze sowieci wydali na niego wyrok śmierci. Wyjeżdża do Kwidzyna. Tu 10 listopada obejmuje stanowisko nadleśniczego. Chciał rozpocząć normalne życie, myślał zapewne, ze na tych terenach ukryje się przed prześladowaniami. Niestety i tu odnalazło go UB. Został wywieziony do Gdańska, a potem do Lublina.

Po zwolnieniu z więzienia powrócił do Kwidzyna i pracował dalej „jakby nic się nie stało”. Władze nie miały do niego zaufania, choć rzetelnie wypełniał swoje obowiązki. Za to sympatia i szacunkiem darzyli go wszyscy, którzy go znali. Opisują go jako człowieka uczciwego, chętnie pomagającego potrzebującym, wesołego, nie stroniącego od zabawy i tańca, które pomagały mu zapomnieć o grożącym w każdej chwili aresztowaniu.

30 lipca 1954 roku o godzinie 16:10 nadleśniczy Bolesław Usow wraca do domu nowo naprawionym motorem. Przy kościele św. Trójcy, u zbiegu ulic Mazurskiej (obecnie Hallera) i Batalionów Chłopskich niespodziewanie drogę zajeżdża mu furmanka. Przy tej prędkości wyrzucenie z siedzenia motocyklu i uderzenie głowa o krawężnik okazuje się śmiertelne. Taka jest oficjalna wersja zdarzenia. Nieoficjalnie mówiło się, że Usow został wręcz staranowany przez samochód UB. Biorąc pod uwagę koleje jego losu, wersja podstępnego zamordowania go przez UB jest jak najbardziej oczywista. Miał 42 lata. Rodzina postanowiła pochować go w Toruniu, gdzie mieszkał jego brat. Tam, dwa dni po śmierci odbyła się uroczystość pogrzebowa, w której uczestniczyło 28 tysięcy osób i stała się demonstracją ku czci wszystkich tych, którzy życie swoje poświęcili wolnej Polsce.

Opracowano na podstawie artykułu w „Echa Kwidzyna” nr 2 luty 2001 i materiałów własnych Pracowni Regionalnej; spisane przez Magdalenę Sadkowską